• Nasze rekomendacje
  •  
    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
     
  • Słup ogłoszeniowy

O smerdyńskim skarbie

ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Alicja Jonasz
Posty: 1819
Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
Płeć:

O smerdyńskim skarbie

#1 Post autor: Alicja Jonasz » 13 sty 2026, 18:53

fr.1
Wśród opowieści o pochodzeniu nazw miejscowości ziemi staszowskiej wyróżnia się ta o dawnych mieszkańcach dzisiejszej Smerdyny, zwanych smerdami. Wieś, wzmiankowana w dokumentach już w XII wieku, od stuleci słynie z kamieniołomów, w których wydobywano piaskowiec i wapień – prawdziwe skarby tej ziemi. Materiał ten przez wieki służył do budowy murów obronnych, kościołów, pałaców, a także budynków mieszkalnych i gospodarskich. Cenili go również snycerze, ponieważ smerdyński kamień, łatwy w obróbce i odporny na wilgoć, zapewniał rzeźbom niezwykłą trwałość.
Jednak historia, którą chcę opowiedzieć, sięga czasów znacznie wcześniejszych – epoki, gdy nikt jeszcze nie przypuszczał, że pod warstwą lichej ziemi kryje się takie bogactwo. Wówczas te tereny porastały nieprzebyte lasy, a pierwsze pola, mozolnie wydzierane puszczy, rodziły plony zbyt skromne, by wyżywić tutejszą ludność. To właśnie wtedy, w cieniu potężnych drzew i w obliczu ciągłego niedostatku, narodziła się legenda o ukrytym skarbie.
Wśród smerdów żył ubogi chłop z żoną i synem. Ponieważ kobieta nie mogła mieć więcej dzieci, jedynemu potomkowi nadali imię Bożydar, wierząc, że chłopiec jest darem zesłanym im przez samego Boga. Rodzina gnieździła się w lichej lepiance z trzciny, słomy i gliny, tak nędznej, że każda jesienna wichura budziła w nich trwogę, a zimowy chłód przenikał do szpiku kości. Często przymierali głodem, dzieląc między sobą ostatnią kromkę chleba i żywiąc się głównie tym, co zdołali zebrać w puszczy.
Niedaleko ich wsi wznosił się dworek możnowładcy, przy którym stała wysoka dzwonnica. Gdy tylko pierwsze promienie słońca przebijały się przez mgłę, ciszę rozdzierał miarowy, smutny dźwięk dzwonu: dang, dang… dang, dang… Był to nieubłagany sygnał do pracy w pańskim majątku. Od świtu do zmierzchu chłopi harowali ponad siły, by pod koniec dnia wracać do swych chat zgarbieni z wycieńczenia.
Każdego ranka ojciec Bożydara ruszał na pańskie pole, matka zaś szła do dworu, gdzie wraz z innymi wyrobnicami doglądała inwentarza lub pracowała w ogrodzie dziedzica. Z kolei w długie zimowe wieczory kobiety gromadziły się w czworakach, by prząść len na płótno lub drzeć pierze. Mimo tej ciężkiej, całorocznej pracy, ich los pozostawał niepewny, a jedyną nadzieją na lepszą przyszłość był dla nich dorastający Bożydar.
A on rósł, mimo niedostatku, jak na drożdżach. Choć w chacie często brakowało pożywienia, był silny, zdrowy i bystry. Od najmłodszych lat wyróżniał się spośród rówieśników nie tylko mądrością, ale i dobrym sercem. Nie znał złości ani zazdrości, w jego oczach zaś zawsze tlił się blask ciekawości świata.
Dorastał wśród puszczy, która otaczała wieś niczym opiekuńcza matka. Dla smerdów stanowiła źródło życia – żywiła ich, chroniła i ogrzewała. Z jej darów czerpali wszyscy: z jagód, malin i poziomek, z korzonków i ziół, które leczyły choroby, a w chłodne dni z chrustu, dzięki któremu w chatach nie gasł ogień. Puszcza była szczodra, ale wymagała również szacunku. Bożydar rozumiał to bardziej niż ktokolwiek inny. Kochał las całym sercem. Znał każdy jego zakątek, każde drzewo i ścieżkę. Często wymykał się o świcie, by słuchać śpiewu ptaków i obserwować, jak słońce przebija się przez gęste korony drzew. Wiedział, gdzie rosną najlepsze jagody, gdzie można znaleźć miód dzikich pszczół, a także gdzie w cieniu paproci kryją się zające. Nigdy jednak nie brał więcej, niż potrzebował.
Bywało, że natrafiał na sidła zastawione przez dworskich parobków. Wtedy, nie zważając na gniew możnych, uwalniał zwierzęta. Raz wypuścił zająca, innym razem ptaka, który zaplątał się w sieć.
Z czasem ludzie zaczęli mówić, że chłopak ma w sobie coś z samego ducha lasu – że rozumie mowę drzew i potrafi przewidzieć, kiedy nadejdzie burza. A choć był tylko ubogim chłopskim synem, w jego sercu dojrzewała mądrość większa niż ta, jaką mogli posiąść niejedni możni.
Widok zgarbionych sylwetek rodziców i sąsiadów, gdy o świcie ruszali do pracy w majątku dziedzica, napawał go niewysłowionym żalem. Wiedział, że tylko cud mógłby odmienić ich ciężki los, a mimo to żył nadzieją, która zrodziła się w nim, odkąd po raz pierwszy usłyszał opowieść o skarbie ukrytym w głębi puszczy. Mówiono, że ten, kto go odkryje, uwolni smerdów od nędzy.
Bożydar często siadał na skraju lasu i wpatrywał się w zachodzące słońce, marząc, że pewnego dnia uda mu się odnaleźć to bogactwo. Nie wiedział jednak, gdzie go szukać. Puszcza była przecież ogromna, pełna tajemnic i niebezpieczeństw, a on sam, choć odważny za trzech, musiał jeszcze dorosnąć, by sprostać temu wyzwaniu.
Póki co starał się pomagać bliskim najlepiej, jak potrafił. Gdy tylko o świcie z pańskiej dzwonnicy rozlegał się miarowy dźwięk: dang, dang… dang, dang…, zrywał się z legowiska i wraz z innymi smerdami ruszał do pracy. Choć był jeszcze dzieckiem, w niczym nie ustępował dorosłym. Dźwigał ciężkie kosze, zbierał kamienie z pola, a wieczorami pomagał matce w obejściu.
We wsi lubili go wszyscy, bo był pracowity i nigdy nie przeszedł obojętnie obok cudzego nieszczęścia. Jednak nie tylko ludzie darzyli go sympatią. Sprzyjał mu również Białoskrzydły, który z wysoka od dawna mu się przyglądał. To właśnie on prowadził Bożydara niewidzialną ręką przez leśne ścieżki, tak by zawsze trafiał tam, gdzie czekały nań dary puszczy. Kiedy chłopak wyruszał z koszykiem po jagody, ścieżka sama zdawała się układać pod jego stopami. Gdy szukał grzybów, znajdował całe gromady zdrowych, pachnących, jakby czekających właśnie na niego. Czasem zdarzało się, że, niby przypadkiem, trafiał na barć pełną miodu leśnych pszczół, które, zamiast go żądlić, krążyły wokół niego przyjaźnie.
Bożydar był przekonany, że to sama puszcza obdarza go swoimi skarbami. Nie przeczuwał nawet, że nad jego losem czuwa ktoś o wiele potężniejszy.
Alicja Jonasz

"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak

Awatar użytkownika
eka
Posty: 18850
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

O smerdyńskim skarbie

#2 Post autor: eka » 14 sty 2026, 13:46

Smerd - smerf :}

Już czekam na kolejny fragment, empatyczny narrator, nader interesująco nakreślone realia legendy i oczekiwania bohaterów.
A sacrum czuwa...

ODPOWIEDZ

Wróć do „ALICJA JONASZ”