(z czegoś nowo pisanego)
„Wyrwa” to nazwy małej osady oraz rzeczki niedaleko wsi Kozłowo, z kolei wieś leży kilka kilometrów od Świecia nad Wisłą w województwie kujawsko-pomorskim, a województwo… to już każdy może znaleźć na mapie Polski. Miejsce dokładnie określiłem, aby zachęcić co poniektórych z czytelników do zorganizowania podobnej wycieczki. Ręczę za bogactwo przeżyć w bliskim kontakcie z prawie nienaruszoną, dziką przyrodą w pobliskim rezerwacie zwanym, jakżeby inaczej, „Kanionem Wyrwy”. Nazwa dookreśla formę terenu.
Kolega Bartek, nasz organizator wypraw rowerowych po kraju ojczystym, miał zawsze jedną odpowiedź na zapytanie „a czy będziemy też jeździć po asfalcie, czy tylko po wertepach?”. Była krótka i treściwa: „Tak, będą i asfalty… przy przekraczaniu szos w poprzek”. Doświadczenie wypraw z Bartkiem już mnie uodporniło, że na spokojną jazdę i brak niespodzianek nie ma co liczyć.
Jednak kiedy ogłosił, że planuje na ostatnią sobotę października wyprawę do Kanionu Wyrwy, wolałem dopytać:
– Pierwszy raz słyszę. Ale jaki teren? Byłeś tam? Ta nazwa kanion mówi, że nie dość że leśnymi ścieżynkami, to jeszcze może być góra dół.
– Nie byłem, ale na mapie fajnie wygląda. Już zaplanowałem trasę. Wyjdzie nam ze sto kilometrów, ale ogromna większość po zwykłych drogach, aby tam dojechać i wrócić. Tego kanionu tyle, co kot napłakał, ledwie kilka kilometrów.
„Tyle, co kot napłakał”. Nie będzie więc źle, jeździliśmy już po podobnych terenach. Jadę!
Dojechaliśmy do Kanionu bez problemów i dużą część drogi nawet po szosie. Na miejscu wszystkim oczy lekko wyszły z orbit – to był faktycznie kanion, a właściwie kilka kanionów ze stromymi zboczami, po których wiła się leśna ścieżynka góra-dół-góra-dół. Nie było nawet kilku metrów w miarę płaskiej powierzchni; wyglądało, jakby Matka Natura ścisnęła ten obszar w harmonijkę, aby zmieścić jak najwięcej terenu w małej przestrzeni… tak, trójwymiarowej przestrzeni, gdyż trzeba było się tutaj poruszać aż w trzech wymiarach. Metrów pod kołami roweru do jazdy w pozycji horyzontalnej można było naliczyć właśnie w metrach, prawie cała trasa prowadząca po ścieżynce – do przebycia w pozycji wertykalnej.
Nie było jednak co marudzić. „Wlazłeś między…”. Rozciągnęliśmy maksymalnie grupę pojedynczo, jak paciorki na żyłce, aby przypadkiem nie wpadać na siebie i rozpoczęło się nasze zdobywanie Wyrwy. Każdy zjazd poprzedzała gorączkowa deliberacja w głowie – zjeżdżać na kołach czy schodzić, ryzykując również poślizg na wilgotnym podłożu i zjazd na czterech literach? Co lepsze, bezpieczniejsze i mniej urazowe w razie upadku?
Prawie wszyscy w grupie mieli lekkie rowery, większość jeździła z plecaczkami na sobie. Ja, tradycyjnie, wolałem rower turystyczny z bagażnikiem i ciężkimi sakwami. Przyzwyczajony byłem i, mimo namów, nie zmieniałem welocypedu na „bezbagażnikowy”. Zrodziło to dodatkowy problem – zejście piesze nie było dla mnie łatwiejsze od zjazdu na kołach, gdyż prowadzony rower, obciążony sakwami, ściągał mnie i trzeba się było mocno zapierać nogami, aby razem z nim nie potoczyć się w dół.
Piesze wyprawy trasami górskimi nigdy mnie nie pociągały, ale pierwszy raz przemknęła niespodziewana, jak na mnie, myśl: „Zamiast tej Wyrwy wolałbym chyba wycieczkę w górach. Tam przynajmniej na trasach turystycznych, w niebezpiecznych miejscach, są zainstalowane poręcze i łańcuchy. Tu zero takich udogodnień, wymyślonych przez ludzi”. Prawdziwa, dzika natura, nietknięta ręką ludzką. Tylko ta ścieżka i rozwalony mostek nad strumykiem świadczyły o bytności ludzi.
Tak, był i mostek. Na szczęście Bartek, który pierwszy zaryzykował zjechanie po stromiźnie i na dole zniknął za drzewami i gęstą roślinnością, zdążył krzyknąć: „Uważajcie!”. To uratowało nas wszystkich. Wolniutki zjazd z zaciągniętymi hamulcami i za ostrym zakrętem ukazał się widok na wąziutki mostek, a w rzeczywistości kilka desek przerzuconych nad strugą. Do dumnego miana „mostek” dużo im brakowało, ale pozwoliło przejść na drugą stronę suchą stopą. Mimo że ktoś wyciągnął smartfona i czekał z włączonym aparatem fotograficznym, musiał obejść się smakiem – nikt nie wpadł do strumyka i przez to nie zostało utrwalone zdarzenie, które, być może, zasłużyłoby na pierwszą nagrodę w konkursie World Press Photo of the Year.
Był też i drugi mostek nad błotnistą strugą, o ile zwalone w poprzek drzewo ktoś za takie improwizowane przejście uzna. Nikt jednak nie zaryzykował wejścia na jego pień, porośnięty obślizgłym mchem. Drugą opcją było pokonanie strumyka w bród, mocząc nogi po kostki w błocie i zimnej wodzie. Tym razem nasza grupa wykazała się stuprocentową solidarnością i wytrzymałością na mokre zimno – wszyscy wybrali tę drugą możliwość.
Cała, ledwie kilkukilometrowa trasa była powtarzającymi się zjazdami/zejściami i następnie podchodzeniem, polegającym na męczącym podpychaniu w górę roweru. Bardzo mało było łagodniejszych stoków, pod które można było podjechać, naciskając mocno na pedały. Najgorsze fragmenty do przebycia to wilgotne miejsca na wąziutkiej ścieżynce, gdzie buty i opony się ślizgały. „W dół – w górę, w dół – w górę”, czasem w bok. Atrakcyjności dopełniała jazda po mokrym stoku wzdłuż rzeczki, ryzykując wykopyrtkę i lądowanie w zimnej wodzie.
Drzewa zwalone w poprzek dróżki dodatkowo „uprzyjemniały” pieszojazdę. Czasem ścieżka ginęła, zarośnięta przez rozbuchaną zieleń, i powodowała, że trzeba było wybrać kierunek jazdy z kilku domyślnych. Ponieważ bardzo się rozciągnęliśmy i nie zawsze widać było poprzednika czy jadącego za nami, kilka razy się gubiliśmy. Wtedy zostawał do ponownej zbiórki telefon „gdzie jesteście?” i donośne gardło. Utrzymanie połączeń komunikacyjnych między sobą to podstawa w lesie!
Ile czasu poświęciliśmy na zdobywanie Wyrwy? Godzinę? Dwie? Nikt o tym nie myślał. Pewnie dużo krócej, ale czas w takich warunkach rozciąga się niemiłosiernie. Już Einstein pisał o względności czasu, chociaż myślał o fizyce w ogromnym Kosmosie. My doświadczyliśmy tego zjawiska w naszym mikroświecie i to właśnie fizycznie. „Wyjechać wreszcie do cywilizacji!” – to hasło pewnie dudniło nie tylko w mojej głowie. Uczciwie jednak musiałem przyznać sam przed sobą, że był również duży plus – nie mogliśmy narzekać na przemarznięcie, chociaż tego dnia powietrze było zimne.
Z Wyrwy zdążyliśmy wyjechać jeszcze przed zmierzchem, co już było nagrodą za trudy jej pokonania. Lampki rowerowe niedużo by pomogły w głębi kanionu przy ciemnej, pochmurnej nocy.
Pozostałe kilkadziesiąt kilometrów powrotu do domu, w płaskim terenie i częściowo po asfaltowej jezdni, nie przyniosło żadnych niespodzianek. Najważniejsze, że ilu zdrowych nas wyjechało, tylu w zdrowiu wróciło.
Kiedy spojrzałem później na zapis naszej trasy, malutki fragmencik naszej „jazdy” przez Wyrwę wyglądał jak pokręcona we wszystkie strony niteczka. Nie widać było jednak najważniejszego – jazdy i chodzenia w trzecim wymiarze przestrzeni.
* * *
To było jedno z moich największych doświadczeń z wypraw rowerowych. Wolałbym dokręcić jeszcze ze sto kilometrów po płaskim niż te kilka kilometrów Wyrwy. Nazwa w pełni odpowiada rzeczywistości. To dość masakryczna… nie, źle! – to bardzo fajna trasa dla każdego, kto lubi urozmaicone odcinki do pedałowania. Do tego bliski kontakt z prawie dziką natury uprzyjemni czas… jazdy. To określenie dość eufemistyczne, ale nieodbiegające daleko od prawdy. Były odcinki, na których siedziało się na siodełku roweru. Inne części trasy były inne; z tym zawsze trzeba się liczyć. Widoki przyrody wynagradzały wszystko – były naprawdę wspaniałe.
Tak że – polecam Kanion Wyrwy każdej cyklistce i każdemu cykliście, którzy lubią być w bliskim kontakcie z przyrodą.
----------------
PS. Jak wygląda rowerowanie 'w Wyrwie' można zobaczyć na filmiku nakręconym przez grupę cyklistów z innego miasta:
https://www.youtube.com/watch?v=AjEQq-c_hhY...
-
- Nasze rekomendacje
-
-
UWAGA!
JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
[email protected]
PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
-
- Słup ogłoszeniowy
-
-
PYTANIE DO WSZYSTKICH.
CZY KTOŚ MA POMYSŁ NA SENTENCJĘ MIESIĄCA?
Więcej informacji
JAK SIĘ PORUSZAĆ POMIĘDZY FORAMI? O tym dowiesz się stąd.