• Nasze rekomendacje
  •  
    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
     
  • Słup ogłoszeniowy

trzysetka, cz. 3/3

Opowieści pisane prozą - nie powieści
ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Hardy
Posty: 1871
Rejestracja: 06 sie 2017, 14:32
Płeć:

trzysetka, cz. 3/3

#1 Post autor: Hardy » 31 sty 2026, 10:30

(cd. fragmentu wspomnień z nowo pisanej książki)

cd.

– Chłoopaaki, naprawdę Wiśniak nic nie pisał o tym podjeździe. – Bartek ciężko dyszał, jednak zdążył wyprzedzić nasze wymówki. – Ale mamy za sobą. Teraz już tylko zamek w Golubiu. Jedziemy?

Pojechaliśmy. Dłuższy postój, oprócz obiadu w Inowrocławiu, nie wchodził w rachubę, o ile ich wyprawa miała się zmieścić w jednej dobie.

W jedną dobę? Przecież my z Anetą na pociąg w Toruniu musimy odbić. Ale już tak niedaleko, mamy z górki…

– Anetka, jak się czujesz? – Podjechałem do niej. – Jeśli na kolej, to musimy zaraz skręcić. Ale wiesz, teraz to ja bym już jechał z nimi do końca. Trzysetki nigdy nie robiłem i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zrobię. Tyleśmy przejechali, zwłaszcza po tej mordędze… Co myślisz?

– Jedziemy! To samo chciałam powiedzieć. – Aneta kiwnęła głową i się zaśmiała, odkaszlując. – Teraz to już na ostatnich nogach, a dojadę.

Teraz to i mnie w to graj! Po kilkuminutowym odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Nogi dość szybko, zadziwiająco, przestały boleć; teren był już płaski; tylko pedałować i „zdążyć przed północą”. Cosobotnie długie wyprawy jednak zahartowały mięśnie.

W czasie jazdy do Golubia-Dobrzynia humory nam się poprawiły; byliśmy coraz bliżej domu. Długi podjazd pod tamtejszy zamek, znany z corocznych turniejów rycerskich i posiadania ogromnej kolubryny, która „zagrała” w filmie „Potop” – tym razem nie sprawił większych problemów. W porównaniu z poprzednim okazał się teraz ledwie lekkim przewyższeniem. Wcześniej kilka razy podjeżdżałem pod niego, ale zawsze „na ostatnich nogach” „Jakie to wszystko względne – przemyśliwałem z lekkim rozbawieniem – to jak w znanej przypowiastce, kiedy Mosze przyszedł do rabina po poradę. Mieszkał w jednej izbie, miał już kilkoro dzieci, wielka ciasnota, a tu nowe dziecko w drodze. Rabin doradził, aby jeszcze kozę wprowadził do izby. Mosze, mimo zaskoczenia, tak zrobił. Następnego dnia przybiegł do rabina, że jest jeszcze ciaśniej! Wtedy rabin polecił mu wyprowadzić kozę i przyjść jutro. Następnego dnia uradowany Mosze podziękował rabinowi za poradę: „teraz mam luz w izbie!”.

Tak rozmyślając poczułem jednak przy podjeździe, że ciało zaczyna mi w pewnej części marudzić. Nie odezwały się łydki w nogach, nie pochylony kręgosłup, nie ramiona czy dłonie, tylko cztery litery, inaczej zwane rzycią, sempiterną a kulturalnie pośladkami. Kurde, to nogi nie marudzą, a akurat siedzenie? Niby nic nie robi, nie męczy się z wysiłku, siedzi sobie wygodnie na siodełku… i jeszcze mu źle? Zabrał się na darmowego pasażera a zaczyna stękać jakby zapłacił za przejazd pierwszą klasą w ekspresie i musi stać na korytarzu… Mógł dokupić miejscówkę!

Moje niewybredne myśli nie wpłynęły ani trochę na odbiorcę. Z każdym kilometrem zaczął coraz donośniej, a właściwie dotkliwiej dopominać się swoje prawa do możliwości oddzielenia się od siodełka roweru. Nie zgodziłem się, wiedziałem, czym pachnie taka chwilowa ulga… później, po ponownym wejściu na rower, jest jeszcze gorzej. Znalazłem sposób, który przynosił chwilową ulgę – przenosiłem ciężar ciała i styczność z siodełkiem raz na prawą, raz na lewą połowę sempiterny, dokładając przerwy w postaci jazdy na stojąco. Okazało się to w miarę dobrym rozwiązaniem; mimo dotkliwego pobolewania wytrzymałem do przedmieść miejsca naszego startu – Grudziądza.

Niektórzy ze współtowarzyszy również na ostatnim odcinku trasy zaczęli dziwnie kręcić się na siodełkach, przyjmując niezbyt odpowiednie w jeździe pozy, przynajmniej dla postronnego, niezaznajomionego z sytuacją obserwatora. Ja wiedziałem. Tylko nasza jedyna przedstawicielka płci pięknej pedałowała, siedząc spokojnie na siodełku tak, jak na początku wyjazdu. Co jest? Czyżby miała wygodniejsze siodełko czy też ma lepszą miękkość w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę? A gdzie równość płci?!

Na takich przekomarzaniach w myśli sam ze sobą dotrwałem do rogatek miasta. Dojechaliśmy! Było już po północy, ale nastroje w naszej grupce momentalnie się poprawiły. Wyjazd zaliczony w niecałą dobę, gdyż zamkniemy się w ledwie dwadzieścia jeden godzin!

Na stacji benzynowej zrobiliśmy wspólny, ostatni postój. Gorąca kawa smakowała wszystkim wyśmienicie. Pożegnaliśmy się i każdy pojechał w stronę własnego domu.

Nie wszyscy mieli już na licznikach rowerowych wyświetlone 300 przejechanych kilometrów. Mogło zabraknąć po kilometrze-dwa. Mnie z półtora tysiąca metrów. To nie był problem – dokręcone jedno kółko koło Lasku Komunalnego w zupełności wystarczyło, aby na liczniku pojawiła się tak długo oczekiwana liczba „300”. Jest!!

…W domu, po szybkim prysznicu, od razu udałem się w objęcia Morfeuszki. Rano, o dziwo, nogi mnie w ogóle nie bolały, jakbym nie miał w nich przejechanej trzysetki w jedną dobę. Jednak cosobotnie wyjazdy dobrze je zahartowały, przyzwyczaiły do dłuższego wysiłku. Natomiast „to to”, co mam pod plecami, czułem przez cały tydzień. W niedzielę, pierwszy dzień po powrocie, jakoś nie miałem ochoty do siadania; wolałem chodzić lub stać, nawet przy posiłku…

Poniewczasie okazało się, że Wiśniak uprzedzał o tym długim podjeździe, tylko naszemu organizatorowi jakoś to umknęło. Może i dobrze…

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”