• Nasze rekomendacje
  •  
    CO WARTO PRZECZYTAĆ W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI?
    Dziś Lucile poleca wiersz Alka Osińskiego
    pt. "Neologizmy"
    Dodatkowo Gloinnen poleca opowiadanie szczepantrzeszcza
    pt. Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska

    ZAPRASZAMY DO LEKTURY




    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
     

Litania do ciszy 1.

Opowieści pisane prozą - nie powieści

Moderatorzy: Gorgiasz, Lucile

ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Agnieszka R.
Posty: 382
Rejestracja: pn maja 28, 2018 1:09 pm

Litania do ciszy 1.

#1 Post autor: Agnieszka R. » wt gru 03, 2019 5:40 pm

Moja historia o ojcu jest jak porwane wersy w chaotycznym wierszu. Tak jak mój życiorys, który nawlekam na igłę i „dziergam” na sztywnym materiale raz lepiej, raz gorzej. Przerwy w ściegu tak jak w moim życiu są czasem bardziej lub mniej wyraziste. Innym razem wyglądają jak „gwiazdy” pewnego poety. Poeta pisał o „gwiazdach rozpuszczonych w łzach”. Nie rozumiałam tych gwiazd, tak jak nie rozumiałam czasem własnego ojca. Nie rozumiałam, ale kochałam i czułam, że on też kocha mimo choroby.
- Twój tata, mimo że skończył siedem klas był bardzo inteligentnym, mądrym człowiekiem – usłyszałam od sąsiadki.
Był też przystojny. We wsi mówili na niego Kloss albo szlachcic.
- Idź do Klossa – mówili miejscowi. - On ci pożyczy, on pomoże.
Nienawidził systemu. Kiedy wypił za dużo zawsze przeklinał Lenina, Stalina i różnych kacyków.
Zazwyczaj przeklinał głośno, leżąc na łóżku. Kiedy zasypiał, podchodziłam do niego po cichu, niemal na palcach i nadsłuchiwałam czy jeszcze oddycha, czy jeszcze żyje.
To od niego dowiedziałam się o Katyniu. W szkole o tym nic nie mówili. Było jedno wielkie cii...
Mama czasem broniła ustroju – wciąż widziała cukierki lecące z nieba od dobrego wujka Stalina – też mówiła: cii...
Tata wtedy krzyczał zdenerwowany:
- Co, kurwa, cii?! Co?!
Czasem zadawał nam znienacka pytania, gdy widział, jak siedzę nad podręcznikiem w kuchni.
- A kto był ostatnim królem Polski?
- Car Mikołaj Pierwszy – odpowiadała dużo starsza siostra.
- Ja nie wytrzymam z wami! - krzyczał i wychodził, trzaskając drzwiami.
Pierogi ruskie na obiad oznaczały wojnę domową. Ojciec ich nienawidził. W kuchni rządziła babcia. Mama była od „czarnej” roboty w polu i w gospodarstwie. Babcia niestety nigdy nie zaakceptowała mojej mamy. Uważała, że związek moich rodziców to czysty mezalians. Nigdy nie pogodziła się z faktem, że ukochany syn zakochał się w pięknej, ale biednej kobiecie. I tak zaczął się tragiczny związek z tragicznym finałem. Pewnego dnia, gdy ojciec wrócił z pola, krzyknął:
- Znowu ruskie?!
- Cicho, Tadziu, cicho – uspokajała biedna babcia.
- Przecież obiecywałaś, że już nie będzie ruskich! - krzyczał.
- Mała lubi – odpowiadała babcia, zerkając nieśmiało na mnie.
Pamiętam też taką scenę. Babcia już wtedy nie żyła. Mama ugotowała czarninę, za którą tata bardzo przepadał. Właśnie miałam zmywać i część fusów po herbacie wlałam do garnka z zupą. Gdy mama to zobaczyła, wzięła wazową łyżkę i zaczęła nią okładać moją nieszczęsną głowę. Bolało, a jakże.
- Co ja teraz dam ojcu na obiad?! - wołała. - Ty mamejo jedna! Ty niezdaro!
Tymczasem, gdy tata wrócił z pola, zjadł czarninę, (fusy opadły na dno) oblizał się, wytarł usta rękawem od swetra i uśmiechnięty, powiedział:
- Pyszna.
Uwielbiałam ten uśmiech. Mama też się do mnie uśmiechnęła, jakby nigdy nic, ale łyżki wazowej nie zapomniałam. Pierwszy raz mnie wtedy uderzyła. Na szczęście ostatni.
 
To tata pokazał nam zdjęcia zamordowanego księdza J. Popiełuszki:
Wówczas wpadł do pokoju i rzucił drastyczne czarno-białe fotografie na stół.
- Zobaczcie, co teraz skurwysyny zrobili! - krzyknął roztrzęsiony do babci i mamy. - Popiełuszkę zabili. Zbyszek przemycił te zdjęcia.
Nie rozumiałam jeszcze wtedy, o co w tym wszystkim chodzi, kto to był Popiełuszko, byłam zbyt mała, ale gdy zobaczyłam zmasakrowaną twarz człowieka w czarnej sutannie, poczułam jakby ktoś rzucił czarną rękawiczką w moją jasną, dziecięcą twarz.
- Tatusiu, dlaczego ten ksiądz nie żyje? – spytałam wystraszona. Bałam się tego zdjęcia.
- Zbóje go zabili, zbóje – odpowiedział przygnębiony. - To był dobry ksiądz, to był dobry ksiądz – powtarzał jak mantrę.
Gdy zaspy stały się tak duże, że można było lepić igloo, przyszły wełniane kapy, którymi zasłaniano w moim domu drzwi i szczeliny w oknach. Wtedy tata pokazał inne zdjęcie, tym razem zrobione przez wujka Zbyszka. Na dziedzińcu kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu stał duży fiat: w bagażniku na sianku leżała figurka małego Jezusa otoczona girlandą z choinkowych świeczek. Wszystko błyszczało, tylko wokół stały trzy słupy, a na nich długie, czarne kapy. Dopiero po latach zrozumiałam symbolikę tego czarno-białego zdjęcia zrobionego przez wujka.
 
Wujek Zbyszek był fotografem i mężem siostry ciotecznej ojca – Heleny. Tata bardzo go lubił.
Gdy Zbyszek w latach osiemdziesiątych został internowany za zdjęcia i siedział w „internacie” w Białołęce, Helena przyjeżdżała do nas ze swoimi małymi dziećmi. Helena i Zbyszek bardzo się kochali. We wsi ludzie śmiali się z cioci. Była inna, nie rozumieli jej. Włosy spinała w kucyk frotką zrobioną ze skarpetki. Nosiła przeważnie dżinsy lub zakładała rozciągnięte dresy, a to się nie podobało. Babcia nie raz wysłuchiwała skarg ze strony miejscowych, że Helena warszawianka, a ubrać się nie umie. Ot wiejska mentalność. Bardzo lubiłam Helenę. Była taka na luzie, nie na pokaz.
Dom za czasów babci Marii był kolorowy i otwarty na świat i ludzi. Oprócz cioci Heleny przyjeżdżała na wakacje również ciocia Ania z córką Bożenką.
Pewnego dnia tata powiedział do mnie, gdy wracaliśmy z pola:
- Wujek Zbyszek z ciocią Heleną wyjeżdżają do Niemiec.
- Jak to? - spytałam i zrobiło mi się smutno. - Na długo?
- Na zawsze. Nie będą mogli wrócić, przynajmniej teraz, chyba że coś się zmieni.
 
 
- Twój tata był zdolny tylko leniwy, wolał grać w piłkę z chłopakami niż się uczyć- mówiła ciocia Jadzia, starsza siostra ojca, ta która przywoziła mi gumy Donald. - To dlatego nie poszedł na studia. Ach... zmarnował się na tej wsi. Z jego inteligencją mógłby zająć jakieś kierownicze stanowisko.
- Ale miał głowę do gospodarstwa, dobrze je prowadził, gdy nie pił. Kochał ziemię – starałam się go bronić.
 
Pewnego dnia ziemia go przebiła, a dokładnie brony, które w nią „wrosły”. Nie dostrzegł pod wyrośniętą trawą tego sprzętu, który zostawił na polu w zeszłym roku. Gdy zeskoczył z wozu, ostrza przebiły gumofilce i uszkodziły stopy. Na szczęście obrażenia nie okazały się zbyt duże i głębokie, i szybko doszedł do siebie.
Ciocia Jadzia opowiadała mi, że tata kochał i szanował swojego ojca. Kiedyś stał na podwórku z kolegami.
- Ej, chłopak! - zawołał dziadek. – Chodź no tutaj i sprzątnij tę kupę po koniu.
Tata poczerwieniał, ale wykonał posłusznie rozkaz.
Jadzia opowiadała też, że dziadek był dobrym, odważnym człowiekiem. Brał udział w bitwie w 1920 roku. Ciężko pracował, by pozostałe dzieci skończyły studia. Jadzia bardzo przepadała za swoim ojcem, a moim dziadkiem. Tata był synkiem mamusi. Babcia nie raz walczyła ze swoimi siostrami o ziemię po swoim ojcu, a moim pradziadku Stanisławie. Walczyła o ziemię, o sprzęty, o co tylko się dało. Wszystko dla syna Tadeusza. Walczyła dla ukochanego, najmłodszego Tadzia – mojego ojca.
Nadopiekuńcza to była miłość.
Jadzia uczyła się na SGPiS, a Bronek starszy brat ojca studiował medycynę w Warszawie.
Jadzia została dyrektorem do spraw ekonomicznych w pewnym szpitalu, wyszła za pediatrę Stanisława ( Późniejszego doktora nauk medycznych i ordynatora oddziału dziecięcego. Doktorat zrobił z nefrologii dziecięcej). Mówiła, że za darmo przyjmował biedniejszych pacjentów. Urodziła mężowi córkę Annę. Wujek Staś bardzo lubił czytać przeważnie kryminały. Był również miłośnikiem historii, którą studiowała jego jedynaczka. Od czasów wojennych znał na pamięć niemal każdy dzień.
Ojciec nie przepadał za ciocią Jadzią, mimo że ona bardzo ojca kochała. Babcia często ją odwiedzała. Gdy wracała od jedynej córki, przywoziła torby pełne płatków płatków kukurydzianych dla mnie, które jadłam na śniadanie z mlekiem. Byłam niejadkiem, ale płatki bardzo lubiłam i jadłam zachłannie. W komunie takie płatki to był rarytas.
- Komunistka! – mówił o cioci Jadzi do babci. - Znowu płatki dała?
Wtedy pokarm stawał mi jak ość w gardle i nie wiedziałam, czy dalej jeść, czy nie.
Gdy zmarła babcia, Jadzia zaraz po pogrzebie zdjęła ze ściany rodzinne portrety i fotografie.
- Zabieram! Jeszcze sprzedasz! - krzyknęła do ojca.
Rozpłakał się jak mały chłopiec. Po raz pierwszy zobaczyłam jego łzy.
 
Bronek – starszy brat taty ożenił się z lekarką – zrobiła specjalizację z laryngologii. Była córką żołnierza AK zamordowanego przez hitlerowców.
Wujek Bronek zrobił docenturę z neurologii. Wstydził się, że jest ze wsi. Miał też żal do babci i mojego ojca, że nie został spłacony. Przyjeżdżał często do nas po tzw. „wałówki” na które składały się mięso, jaja, pączki, ciasta. Jego zagraniczny samochód robił wrażenie we wsi w tamtych czasach. Nie pamiętam, by przyjeżdżał dużym fiatem czy polonezem, zawsze miał coś lepszego. Po śmierci babci też czasem przyjeżdżał. Mówił, że najlepsze kotlety robi Krysia, czyli moja mama. Starał się też załatwić szpital ojcu, w którym ten bezpiecznie zniósłby terapię antyalkoholową.
Myślę, że wujkowi też lekko nie było. W tamtych czasach mieć brata alkoholika nie należało do dumy. Nie było się czym chwalić.
Tata opowiedział mi kiedyś pewną historię związaną z Bronkiem.
Była tęga zima. Bronek wracał do domu ze studiów. Dziadek nakazał ojcu wyjechać po brata saniami do przystanku autobusowego. Bronek już miał wysiadać, już przystanek był blisko, tuż tuż, ale w ogóle nie ruszył się z miejsca. Podeszła do niego jedna z sąsiadek i powiedziała:
- Czemu pan nie wysiada? Brat chyba wyjechał...
- Nie, ja nie tutaj – odparł i pojechał dalej do pobliskiego miasteczka.
Bronek tak się wstydził swojego pochodzenia, że nie zaprosił nawet matki na ślub swojego jedynego syna chirurga Jacka, który zmarł w młodym wieku na zawał. Wstydził się nadal. Przecież na weselu syna śpiewała znana piosenkarka, więc jak mogłaby się jeszcze wieś pojawić?! Przyjechał po weselu, pokazał zdjęcie ślubne chirurga, a babcia rozpłakała się głośno. Ojciec też miał niewesołą minę, w końcu chirurg był jego chrześniakiem.
- O nie, kurwa! - krzyknął. - Już od nas nie dostanie nawet kawałka mięsa! Chore to wszystko! Chore. Żeby wstydzić się rodziny?!... Własnej matki?!
Zawsze byłam zdziwiona, dlaczego rodzeństwo ojca dostało się na studia, bo w szkole średniej mieli przeciętne oceny. Nie, to nie to, że chcę pomniejszać ich zdolności. Przypuszczałam, że zostali przyjęci dlatego, bo dziadek długo nie siedział w więzieniu za Stalina, a babcia nie musiała do końca jego życia prać poplamionych krwią koszul.
Dziadek został aresztowany za partyzantów „bandytów”, ukrywał ich i pomagał jak mógł. Ojciec mówił, że wspierał tych, którzy nie zabijali cywilów, tylko walczyli z okupantem.
Dziadek też siedział za ziemię – miał jej sporo, a to władzom się nie podobało.
 
Ciągle, ciągle mi brakowało ojca. Nie było go, bo dużo pracował albo za dużo pił.
Kiedy miał kaca, często przychodził do mojego łóżka.
- Jagusia, boję się – mówił i kładł się obok mnie. Ale zaraz wstawał i szybko odchodził.
Ja też czasem kładłam się obok niego. Kiedyś – miałam kilkanaście lat - leżąc przy nim, oglądałam horror. Wystraszyłam się, chwyciłam go mocno za dłoń. Zrzucił mnie z łóżka.
 
Lepszy mój ból, niż jego wstyd.
 
Potem już nigdy obok niego nie leżałam.
Uczył mnie jak mógł. W pamięci utkwił mi taki obraz: stoję przed furtką z paczką herbatników w dłoni i rozmawiam z najlepszą koleżanką, Izą. Ojciec właśnie wchodzi z ulicy. Częstuję koleżankę:” Iza, masz ciacho”, a on poprawia mnie, akcentując ostatnie słowo:
- Jagusia, nie mówi się masz, należy powiedzieć proszę.
 

Awatar użytkownika
lczerwosz
Posty: 7743
Rejestracja: pn paź 31, 2011 10:51 pm

Litania do ciszy 1.

#2 Post autor: lczerwosz » śr gru 04, 2019 12:34 pm

Agnieszka R. pisze:
wt gru 03, 2019 5:40 pm
wyszła za pediatrę Stanisława ( Późniejszego doktora nauk medycznych i ordynatora oddziału dziecięcego. Doktorat zrobił z nefrologii dziecięcej).
Nawias za długi moim zdaniem, w nawiasie pierwsze słowo niepotrzebnie dużą literą - rozumiem, że nawias obejmuje dwa zdania, ale bym to uprościł.
Sugerowałbym łączenie kilku zdań w jeden akapit. Tekst się rozrywa na strzępy.
Agnieszka R. pisze:
wt gru 03, 2019 5:40 pm
Bronek tak się wstydził swojego pochodzenia, że nie zaprosił nawet matki na ślub swojego jedynego syna chirurga Jacka, który zmarł w młodym wieku na zawał.
kto zmarł i kto był chirurgiem Jackiem, a może Jacek miał syna chirurga. Niby można zrozumieć, ale sugeruję uprościć zdanie.
Agnieszka R. pisze:
wt gru 03, 2019 5:40 pm
Przypuszczałam, że zostali przyjęci dlatego, bo dziadek długo nie siedział w więzieniu za Stalina, a babcia nie musiała do końca jego życia prać poplamionych krwią koszul.
Trochę zagmatwane: dziadek długo nie siedział, tzn dziadek siedział, ale krótko, czyli komuniści zwolnili go i przebaczyli. W podtekście jest, że dziadek się ukorzył, złożył samokrytykę, albo i zapisał do partii albo i co więcej. Tak bywało. "A babcia" - niesłusznie użyty łącznik "a". Zdanie po nim nie jest przeciwstawne (jeszcze gorzej by brzmiało oczywiście jawnego przeciwstawienia rozpoczynającego się od "ale"). Z sensu by wynikało użycie "więc": "Przypuszczałam, że zostali przyjęci dlatego, bo dziadek długo nie siedział w więzieniu za Stalina, więc babcia nie musiała do końca jego życia prać poplamionych krwią koszul. No i studia stały się osiągalne"
Agnieszka R. pisze:
wt gru 03, 2019 5:40 pm
leżąc przy nim, oglądałam horror
Nie można się domyśleć, o co chodziło, a to, co mi przychodzi do głowy, nie nadaje się do napisania z mojej strony. Jeżeli taka scena miała miejsce, to albo ją usuń, albo napisz, niestety, jaśniej.
Agnieszka R. pisze:
wt gru 03, 2019 5:40 pm
Ojciec właśnie wchodzi z ulicy. Częstuję koleżankę:” Iza, masz ciacho”, a on poprawia mnie, akcentując ostatnie słowo:- Jagusia, nie mówi się masz, należy powiedzieć proszę.
Częstuję koleżankę:” Iza, masz ciacho” Jakoś się sytuacyjnie zbija, od jednej literki zależy, kto częstuje koleżankę. Jeśli PL-ka to prawidłowo "częstuję", ale zdanie przegadane, jeśli ojciec (nie ma podmiotu), to "częstuje".
Agnieszka R. pisze:
wt gru 03, 2019 5:40 pm
Uczył mnie jak mógł. W pamięci utkwił mi taki obraz: stoję przed furtką z paczką herbatników w dłoni i rozmawiam z najlepszą koleżanką, Izą. Ojciec właśnie wchodzi z ulicy. Częstuję koleżankę:” Iza, masz ciacho”, a on poprawia mnie, akcentując ostatnie słowo:
- Jagusia, nie mówi się masz, należy powiedzieć proszę.
Sugeruję:
Uczył mnie jak mógł. W pamięci utkwił mi taki obraz: stoję przed furtką z paczką herbatników w dłoni i rozmawiam z najlepszą koleżanką, Izą. Ojciec właśnie nadchodził, gdy mówiłam:” Iza, masz ciacho”, to on poprawił mnie:
- Jagusia, nie mówi się masz, tylko proszę, akcentując ostatnie słowo

No jest świetne opowiadanie, czy chcesz linkować ze sobą kolejne odcinki?

Awatar użytkownika
Agnieszka R.
Posty: 382
Rejestracja: pn maja 28, 2018 1:09 pm

Litania do ciszy 1.

#3 Post autor: Agnieszka R. » śr gru 04, 2019 1:31 pm

Leszku. Bardzo, ale to bardzo dziękuję. Jacek był chirurgirm i to on zmarł na zawał. Jacek był synem brata ojca - Bronka który był docentem neurologii.
Leszku ogromnie Ci wdzięczna jestem. Ja to już poprawiam któryś raz i ciągle coś. Powielę pytanie z poprzedniej części. Czy nie uważasz? Że to Opowiadanie jest mało subtelna? Że kawa na ławę że brak suspensu zaskoczeń? Ze brak dystansu? Proszę. I tak dałeś mi powera cieszę się że przypadło. :) tak dzięki Tobie będę powoli wstawiać kolejne odcinki. Jak pozwolicie. Dziękuję.

Awatar użytkownika
lczerwosz
Posty: 7743
Rejestracja: pn paź 31, 2011 10:51 pm

Litania do ciszy 1.

#4 Post autor: lczerwosz » śr gru 04, 2019 2:58 pm

Nie jest to kawa na ławę. Ale jest mocno osadzone w realiach, uzasadnione logiką i emocjami. Pokazałem widoczne mi drobiazgi.
To nie jest wiersz, ale opowiadanie, może być nawet dosłowne, choć niedopowiedzenia lepiej wstawiać. Niekoniecznie jest prawdziwe i lepiej aby nie było do końca. Sama decydujesz, co piszesz, jak nazywasz bohaterów i jakie im przypisujesz cechy. Może to być fikcja, a może reportaż. Plus minus różne środki artystyczne, narracja, dialogi. Pamiętaj, że własny tekst może Cię mocno zaboleć, jeśli ktoś skomentuje osobiście, to znaczy zaatakuje nie tekst, ale bohaterów tekstu, czy PL-kę, wtedy Ty - autorka - poczujesz ból. Musisz zdobyć dystans.
Pamiętaj też o roli tekstu, jaki pełni i ma pełnić. Po pierwsze piszesz dla siebie. Potem dla ewentualnie prawdziwych lub prototypowych bohaterów, potem dla wszystkich innych. Jeśli opisujesz np. swoją kuzynkę, to pod zmienionym imieniem, zawodem, adresem możesz ją identyfikować. Czy ona będzie, czy ma się identyfikować, zależy od Twojego zamiaru, tekst jest zawsze przekazem, nawet, jeśli kogoś z rodziny będziesz uporczywie pomijać. No i co chcesz powiedzieć takim czytelnikom, jak ja. To niekoniecznie jest opowiadanie o rodzinie PL-ki. Ja z tekstu mam wiele wrażeń dotyczących spraw społecznych, właściwie politycznych. Akurat w pełni się identyfikuję z opiniami, ocenami PL-ki, jednak ktoś inny nie musi. Czy odrzuci tekst, jako wrogi sobie. Niewykluczone. Ale nic na to się nie poradzi. Ja nie trawię np. przekazu naszej ostatniej noblistki, szkoda, że taka zaistniała. A może powinienem ją poczytać. Nie ma czasu.
Pozdrawiam.
L.

Awatar użytkownika
lczerwosz
Posty: 7743
Rejestracja: pn paź 31, 2011 10:51 pm

Litania do ciszy 1.

#5 Post autor: lczerwosz » śr gru 04, 2019 3:02 pm

Agnieszka R. pisze:
śr gru 04, 2019 1:31 pm
Jacek był chirurgirm i to on zmarł na zawał. Jacek był synem brata ojca - Bronka który był docentem neurologii.
ale popraw, bo niejasne. To nie środek literacki tylko nieumiejętność.

Awatar użytkownika
Agnieszka R.
Posty: 382
Rejestracja: pn maja 28, 2018 1:09 pm

Litania do ciszy 1.

#6 Post autor: Agnieszka R. » czw gru 05, 2019 7:30 am

Leszku, poprawki naniosę. Może tutaj kiedyś. Nawet nie wiesz, ile Ci zawdzięczam, człowieku. Spojrzałeś na to wszystko obiektywnym okiem. Dziękuję bardzo. Póki co poprawiam na moim kompie. Wielce wdzięczna i oddana. Agnieszka.

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”