• Nasze rekomendacje

Poeta, wieczność i muszle klozetowe.

Opowieści pisane prozą - nie powieści
ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
szczepantrzeszcz
Posty: 396
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Poeta, wieczność i muszle klozetowe.

#1 Post autor: szczepantrzeszcz » 29 lip 2018, 21:06


Najpierw poczuł smród zgniłych kartofli. Taki najzwyczajniejszy w świecie smród, który uderza w nozdrza, kiedy wiosną schodzimy do piwnicy. Był to dobry znak, ponieważ Poeta mógł mieć nadzieję, że nie spotka diabła. Diabły nie lubią zgniłych kartofli. Propastnyka też nie spotka, bo propastnyki w ogóle nie potrafią śmierdzieć. Poeta nigdy nie spotkał propastnyka na swej drodze, jednak był człowiekiem doświadczonym przez życie i wiedział, że kiedyś musi być ten pierwszy raz. Ucieszył się bardzo, że to jeszcze nie teraz.

Coś szło, ale Poeta wypocił już wszystko, co pozwalało lepiej dostrzegać i nie mógł zobaczyć. Wyciągnął z kieszeni butelkę, którą dostał od Markucha. Pociągnął solidny łyk. Wzrok mu się wyostrzył na tyle, że zobaczył to coś. Na metr dwadzieścia wysokie, w nastroszeniu swoim przypominające jeża, tyle że mordę miało bardzo szkaradną i nie było pokryte igłami, ale zwyczajnym włosiem, które sterczało na wszystkie strony i straszliwie śmierdziało zgniłymi kartoflami. Poruszało się na dwóch krótkich, przypominających niedźwiedzie odnóżach i wymachiwało również krótkimi, ale muskularnymi, przypominającymi ludzkie, rękoma.

Czad.

Poeta zetknął się już z czadem razy kilka i wiedział, że bydle jest niegroźne, chociaż czasem złośliwe, a zawsze wkurwiające ponad miarę. Na wszelki wypadek wyłączył komórkę. Czady nie cierpiały komórek, nie cierpiały odtwarzaczy empetrzy, a najbardziej nie cierpiały cyfrowych aparatów fotograficznych. Analogowe aparaty też budziły w nich ambiwalentne uczucia, chociaż jak urządzenie było proste w konstrukcji i załadowane filmem czarno-białym, to jeszcze szło pogadać. Poeta na szczęście empetrójki nie miał, aparatu też nie miał (a ten w komórce był wyłączony), stał spokojnie i czekał. Chciał po prostu pogadać.

Czad szedł górą i śmierdział. Nie chciał gadać. Udawał, że nie widzi Poety. Musiał być bardzo skoncentrowany na udawaniu, że nie widzi, bo nie zauważył również korzenia, który dość zdradliwie sterczał na jego drodze. Zahaczył kosmatym łapskiem, stracił równowagę i klnąc na czym świat stoi, wylądował na dole, dwa metry przed Poetą. Ten ponownie sięgnął do kieszeni, wyjął flaszkę i jeszcze bardziej wyostrzył spojrzenie. Gadzina patrzyła na niego mętnym wzrokiem, w którym głęboka niechęć walczyła z zespołem dnia następnego.

— Strasznie śmierdzisz — warknął czad.

Poeta uznał, że nie odpowie podobnym stwierdzeniem. Czad okazał się szybszy i zasłużył na niewielki szacun. Poza tym nie był pewien, czy ma przed sobą czarta, który udaje czada, czy autentycznego czada. To, że bydlak śmierdział jak czad, o niczym nie świadczyło. Biesy, które nie śmierdziały w ogóle, potrafiły omamić zarówno zmysł wzroku, jak i powonienia. Wiedźma powiadała, że wyostrzenie spojrzenia nic tu nie pomoże. Trzeba się było przekonać inaczej. Zdjął plecak, wyszukał wzrokiem spory głaz i usiadł, dając wyraźny sygnał, że nigdzie mu się nie śpieszy. W świecie, w którym na co dzień żył Poeta, taki gest nie oznaczał niczego, jednak tu i teraz (ewentualnie tam i wtedy) taki gest oznaczał zaproszenie do dyskusji.

— Jestem Poeta — powiedział Poeta.

— Poetą może być każdy. Byle łachmyta może być poetą — powiedziała gadzina i zarechotała śmiechem podobnym do śmiechu Mistrza Yody, tylko o wiele mniej sympatycznym.

— Jestem Poetą przez duże "P", takim, który patrzy i dostrzega. — Starał się mówić tonem obojętnym i monotonnym, tak jakby tłumaczył rzecz oczywistą, której jedynie skończony głąb pojąć nie zdoła. — Gdybym nie był Poetą, to nie rozmawialibyśmy ze sobą. Mylę się?

Pomimo kiepskiego samopoczucia czad pojął, że jeżeli dalej będzie się upierał przy swoim, wyjdzie na skończonego głąba. Klapnął na liście i pociągnął nosem. Kiedy czad pociąga nosem, wydaje odgłos podobny do odgłosu, jaki wydaje spłuczka klozetowa. Poeta skrzywił się. Nie przeszkadzało mu to, że czad pociąga nosem, ale odgłos spuszczanej wody w sposób natrętny nasuwał skojarzenia z wykonywanym zawodem. Poeta nie cierpiał swojej pracy i nie był zachwycony, że jego rozmówca, choć nieświadomie, o tym przypomina.

— No dobra. — Stwór zmienił ton na pojednawczy. — Jak mówisz, że jesteś Poetą, to znaczy, że jesteś Poetą. Na mnie mówią Kwarśluh... samo "h" na końcu — dodał pośpiesznie. Najwyraźniej miało to znaczenie. — Na co dzień zajmuję się chrzęskrzyboczeniem zwierzyny płowej na terenie nadleśnictwa Lutowiska, a ty?

Poeta, choć teren nadleśnictwa Lutowiska znał doskonale, nie miał pojęcia na czym polega chrzęskrzyboczenie, i to jeszcze zwierzyny płowej, jednak również nie chciał wyjść na skończonego głąba, więc jego twarz przybrała pełen zrozumienia wyraz.

— Jestem menadżerem do spraw marketingu. Zajmuję się muszlami klozetowymi. — W głębi duszy żywił nadzieję, że pradawny stwór nie zrozumie, jednak stwór wydawał się trochę rozumieć, bo wyskrzeczał:

— Po co owijać w bawełnę. Nie możesz powiedzieć, że na co dzień sprzątasz sracze?

Poeta pokręcił głową wyrozumiale — To nie tak. Na co dzień nie sprzątam sraczy, tylko zajmuję się wciskaniem ludziom kitu i namawianiem do tego, żeby kupowali czyjeś sracze, a sraczy kogoś innego, żeby nie kupowali. To jest o wiele bardziej paskudna robota, niż ci się wydaje.

Czad posmutniał i, choć wydawało się to niemożliwe, zaśmierdział jeszcze bardziej.

— To rzeczywiście smutne. A nie myślałeś, aby zwyczajnie... sprzątać sracze?

— Myślałem, ale do tego trzeba mieć i kwalifikacje, i powołanie, a ja nie mam ani tego, ani tego. Dlatego jestem menadżerem do spraw marketingu. — Aby podkreślić jak nisko można upaść, Poeta wyjął podarunek od Markucha i pociągnął z gwinta udając, że zarówno świat jak i siedzące obok stworzenie, przestały go obchodzić. Błysk, jaki dostrzegł w oczach Kwarśluha, przekonał go ostatecznie, że ma do czynienia z rasowym czadem. Biesy nie piły. Postanowił zacieśnić stosunki z rozmówcą.

— Masz. — Wyciągnął rękę z flaszką.

Włochaty rzucił się łapczywie i wydudlił dobrze ponad dwie setki. Oczka mu się zaświeciły. Uniósł butelkę do góry, popatrzył pod słońce prześwitujące pomiędzy gałęziami. — Niech mnie Święty Jerzy... toć to Markuchowy specjał, małe arcydzieło z żołędziem, jeszcze z czasów głębokiej komuny. — Spojrzał na człowieka badawczo. — Podprowadziłeś Staremu?

Poeta pokręcił głową. — Stary nie żyje.

— Uuu! — Czad zmarkotniał. — Na każdego z was kiedyś przyjdzie pora. Był Stary i nie ma. Kwarśluh ponury pójdzie dzisiaj spać.

— Rozumiem cię. — Poeta przerwał chwilę milczenia.

— Gówno tam rozumiesz. — Futro w okolicy poniżej łba uniosło się tak, jakby wzruszył ramionami. — Ciebie, konusie, też kiedyś nie będzie. Zwyczajnie, nie masz możliwości stracić kogoś na zawsze. To co ty możesz rozumieć?

— Masz rację. Nie rozumiem i nie chcę rozumieć. — W głosie Poety zabrzmiało głębokie wewnętrzne przekonanie. Rozumienie zbyt wielu rzeczy powodowało, że świat przestawał być przyjazny.

Awatar użytkownika
Alicja Jonasz
Posty: 1414
Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
Płeć:

Poeta, wieczność i muszle klozetowe.

#2 Post autor: Alicja Jonasz » 30 lip 2018, 11:00

ta część podoba mi się bardziej niż poprzednia; dobry styl! kreacja futrzaka też świetna! ciekawe, co jeszcze ciekawego zobaczy Poeta, gdy golnie sobie łyczka z butelki sprezentowanej przez Markucha, ja proponuję łyczka :kofe:
Alicja Jonasz

"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak

Awatar użytkownika
eka
Posty: 12974
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Poeta, wieczność i muszle klozetowe.

#3 Post autor: eka » 30 lip 2018, 20:36

Też bardziej ta część:)
Biesz - więc i Czady a nie Czarty.
Pełna humoru i dobrego klimatu historia.
szczepantrzeszcz pisze:
29 lip 2018, 21:06
Ciebie, konusie, też kiedyś nie będzie. Zwyczajnie, nie masz możliwości stracić kogoś na zawsze. To co ty możesz rozumieć?
A to mądrość prawdziwa, czadowa pociecha dla śmiertelnych.

:kofe:

szczepantrzeszcz
Posty: 396
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Poeta, wieczność i muszle klozetowe.

#4 Post autor: szczepantrzeszcz » 31 lip 2018, 19:53

Alicja Jonasz pisze:
30 lip 2018, 11:00
ciekawe, co jeszcze ciekawego zobaczy Poeta, gdy golnie sobie łyczka z butelki sprezentowanej przez Markucha, ja proponuję łyczka.
Czekam niecierpliwie aż Czynniki Najwyższe przydzielą mi kąt w miejscu, które nazywa się "Ciąg dalszy nastąpi". Tam podobno można wrzucać kawałki dla mutantów i tych-którzy-nie-boją-się-śmierci... stustronicowy tekst zabija czytelnika po sześciu, góra dziewięciu minutach. We wspomnianym przeze mnie tekściku, zatytułowanym "Najcenniejsze na świecie" pojawia się inny stwór - Ghazzarbuzut-bej, również czad. W powyższym opku Poeta miał za sobą liczne spotkania z czadami, a to, które zamierzam wrzucić zawiera opis pierwszego spotkania Poety z czadem.
eka pisze:
30 lip 2018, 20:36
Biesz - więc i Czady a nie Czarty.
Niezupełnie. Czarty, czyli biesy, również. Kiedy powstawało pierwsze opko, zastanawiałem się, czy nie wprowadzić Szypowatego - jedynego Bieszczadzkiego czarta, który nie stronił od okowity, jednak Bies Tworylny sam się wybrał. Włazi do każdego opowiadanka.

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”