• Nasze rekomendacje
  •  
    Motto dnia:
    Ludzkość musi położyć kres wojnie, bo inaczej wojna położy kres ludzkości. / John F. Kennedy


    Ukraino! Trzymaj się!
    Obrazek


    Radio Koszalin - Poczta Poetycka
    Beata Piocha i Adrian Adamowicz zapraszają do wysłuchania audycji poświęconej wierszom Szymona Florczyka.

    tu wiesze Szymona

    A tu opowiadanie Szczepanatrzeszcza:

    "Opowiadania beskidzkie" - Klasa sama w sobie!



    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"



    Sugeruję używanie przycisku Aktywne tematy Pozwala widzieć wszystkie nowości
     

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

Opowieści pisane prozą - nie powieści
ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
szczepantrzeszcz
Posty: 554
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#1 Post autor: szczepantrzeszcz » 26 lip 2022, 23:09

Sam termin "Widmo Brockenu" określa zjawisko cienia, niekiedy urozmaicone rozszczepieniem światła na drobinach mgły... nie chce mi się pisać, ktoś już zrobił to lepiej:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu

Cykl "Opowiadnia beskidzkie". Napisałem tego trochę. Prezentuję starocie sprzed lat, a skłonił mnie do tego Krokusowy wiersz Wołyń. Ot, kolejne spojrzenie na miłość polsko-ukraińską.

Jak większość moich tekstów, ten również napisałem do piosenek, a może pod wpływem piosenek, które niegdyś często można było usłyszeć na szlaku, a dziś... dziś już znacznie rzadziej. Oprócz motta, czyli utworu "Droga w lesie" autorstwa Mirosława Hrynkiewicza wykorzystałem "Przypowieść o maku" Czesława Miłosza, "Połoniny niebieskie" Marka Dutkiewicza, "Niebieskooka" Romana Sadowskiego i "Bieszczady" nieznanego mi autora.



Opowiadania beskidzkie - Widmo Brockenu

Aż przyjdzie kiedyś wieczór ostatni
Gdy zgaśnie wszystko, co dzisiaj świeci
U kresu drogi, w szacie śmiertelnej
Sobie samemu stanę naprzeciw.

Mirosław Hrynkiewicz



Dawno, dawno temu, kilka lat po drugiej wojnie światowej.

Wojna się skończyła.

Nie dla wszystkich.

Mikołaj Kryło żył, bo zawsze potrafił wyczuć niebezpieczeństwo, zanim to pojawiało się najpierw pod postacią żołnierzy ze swastyką, potem partyzantów Armii Krajowej, a ostatnio oddziałów Ludowego Wojska Polskiego. Mikołaj Kryło żył również dlatego, że nigdy nie działał sam. Zawsze stanowił część czegoś większego. W grupie łatwiej było przetrwać ciężki czas, kiedy wszystko sprowadzono do ślepej nienawiści, a śmierć czaiła się na każdym kroku. Na początku wojny zabijał Niemców jako żołnierz Armii Czerwonej, potem zabijał Żydów i Polaków jako partyzant w sotni Hrinienki. Nawet teraz, kiedy już nikogo nie zabijał, był jednym z trzech skutecznie ukrywających się przed gniewem władzy ludowej. Razem z dawnymi towarzyszami broni udawali przesiedleńców zza Buga i krążyli po Lubelszczyźnie. Raz mieszkali na wsi, innym razem w miasteczku. Tu i ówdzie zaczepili się do roboty, ale za każdym razem tak, aby nie zagrzewać miejsca nazbyt długo. Papiery Kryło miał niezłe. Dużo lepsze niż jego kompani. Ten, pod którego się podszywał, swego czasu mieszkał nieopodal Chełma. NKWD zastrzeliło go pod Lwowem w trzydziestym dziewiątym. Rok temu Mikołaj dotarł do niewielkiej miejscowości i dyskretnie upewnił się, że cała rodzina podzieliła losy pechowego żołnierza. Jedni poszli pod mur za udział w ruchu oporu, inni skończyli w Oświęcimiu i na Majdanku. Pozostałych zabrał tyfus, grypa lub inne przypadłości. Koszmar wojny przetrwał jedynie ojciec, ale i on odszedł po części ze starości, a po części, nie chcąc kontynuować swojej wędrówki przez najpiękniejszy ze światów. Kiedy właściciel dokumentów poznał prawdę, zdobył sobie jeszcze inne gorsze papiery i tymi się legitymował, lepsze chowając na moment, gdy już znajdzie bezpieczne miejsce do życia.

Tymczasem świat, zamiast zmierzać ku lepszemu, parszywiał z roku na rok. Akcja wysiedleńcza wygnała ich z Bieszczadów. Przegoniono nawet Łemków, choć dla nich wolna Ukraina nie oznaczała tego samego, co dla tych, którzy żyli na wschód od Komańczy. Do swoich Mikołaj Kryło wracać nie zamierzał. Po polsku mówił z charakterystycznym akcentem, jednak płynnie. Jak się postarał, to nawet bez akcentu. Jego babka po kądzieli była herbową szlachcianką i chociaż okrzyk "Szcze ne wymerła Ukraina" gromko rozbrzmiewał w kozaczej duszy, całkowicie wymiatając "Eques Polonus Sum", język przodków, w odróżnieniu od samych przodków, nie wydawał mu się parszywy. Słusznie ocenił, że NKWD ma w Polsce nieco krótsze łapy. Został i czekał.

Na razie próbowali przetrwać. Wiele więcej nie mogli zrobić. Od trzech tygodni zajmowali izbę u chłopa, który jakoś wiążąc koniec z końcem, samotnie wychowywał dwójkę dzieci. Żona mu zmarła przy drugim porodzie, a on nie mógł albo i nie chciał znaleźć sobie nowej baby. Za lokum płacili grosze, nieznacznie uszczuplając rezerwę, która pozostała z czasów, kiedy wybrali sporo gotówki, likwidując posterunek milicji nieopodal Birczy. Coraz częściej rozmyślali, czy nie należałoby ruszyć na zachód. Dalej od Matki Ukrainy, ale za to więcej miejsca, a i władza nie docieka, skąd jesteś i ktoś zacz.

Mikołaj Kryło zawsze potrafił wyczuć niebezpieczeństwo... prawie zawsze. W tych nielicznych przypadkach, kiedy instynkt ostrzegał go zbyt późno, Mikołaj Kryło miał po prostu nieprawdopodobnego farta. Nieraz, po latach, rozmyślał, co sprawiło, że owego listopadowego dnia, jak czasami mawiał jego wnuk Władzio, zapaliła mu się czerwona lampka. Może była to wizyta obwiesia, który rozmawiał z gospodarzem? Obdartus, wydając z siebie pijacki bełkot, wykonał o jeden gest za dużo, zdradzając, że zabicie człowieka przychodzi równie łatwo, jak wychylenie stakana bimbru. Czy to był wyraz twarzy czynownika w urzędzie gminy? Człowiek, który kilka dni wcześniej oglądał ich dokumenty, uczynił to niedbale, a jednocześnie patrzył nazbyt długo. A może czujność wzmogło stado gawronów, które kracząc złowrogo, przez długi czas krążyło nad chatą, stojącą na skraju osady? Niewiele, jednak wystarczyło.

Wszyscy byli przekonani, że dwaj zostali w chacie na strychu, a jeden poszedł do wsi i zaraz wróci. Tyle też dowiedział się major, który po cywilu, udając urzędnika powiatu, czekał przy stole i gadał z gospodarzem o niczym. Tymczasem, kiedy oddział wojska otaczał zabudowania, Mikołaj wraz z kompanami siedział w niewielkim zagajniku odległym niespełna sto metrów od gospodarstwa i czekał cierpliwie. Potrafił czekać. Ci, którzy przetrwali siedem wojennych lat, musieli umieć czekać w ukryciu. Konfrontacja z uzbrojonym po zęby plutonem byłaby samobójstwem. Cztery granaty, jedno Parabellum i jeden archaiczny Nagant niewiele mogą pomóc, nawet jeżeli ścigającymi są niedoświadczeni dwudziestolatkowie z ostatniego poboru, a ściganymi trzy niebezpieczne wilki, mające za sobą całą dekadę walki, ognia, krwi i krzyków ludzi nie przystosowanych do tego, aby przetrwać w złych czasach. Światło dnia nie pozwalało na zdecydowany ruch, ale w ciemności mogli przemknąć do lasów, które przechodziły w Puszczę Solską. Siedzieli i patrzyli, jak na podwórze zajeżdża ciężarówka, z której wyskakuje kolejnych ośmiu. Razem z tymi czternastoma czy piętnastoma, co przybyli wcześniej, w gospodarstwie buszowało dwudziestu kilku żołnierzy.

— Ech, trzy automaty i po dziesięć granatów. Wybralibyśmy swołocz jak kury z kurnika — mruknął Taras.

Mikołaj wkurzył się. Nie przybyli tu, aby walczyć. Gestem uciszył kompana i odbezpieczył parabelkę. Coś go niepokoiło i to coś znajdowało się od strony lasu, a nie od strony wsi. Sokoli wzrok nie zauważył niczego, jednak niepokój narastał. Nie umknęło jego uwagi, że wojsko zachowuje się dziwnie. Część żołnierzy zamiast przeszukiwać zabudowania, przemieściła się tak, jakby za chwilę mieli ruszyć tyralierą w ich stronę.

— Do wąwozu, chodu! — zdążył krzyknąć, kiedy rozpętało się piekło.

Jako jedyny zorientował się, że strzelają również od północy, od lasu, stamtąd, gdzie niczego nie zauważył, stamtąd, gdzie niczego się nie spodziewali. Blać! Podeszli ich na kilkadziesiąt metrów. To nie były konusy od pługa oderwane, tylko tacy sami jak oni, niewidoczni, zdecydowani na wszystko, zabójczo skuteczni. Pierwszy oberwał Taras. Kula przeszła przez pierś i chyba uszkodziła kręgosłup.

— Zabij! — wydał z siebie dziwny jęk, wyrzucając ustami czerwoną pianę.

Mikołaj złapał go za rękę i patrząc w oczy, wpakował przyjacielowi kulę w skroń.

Tuż obok rozległo się kilka strzałów, a po chwili krzyki. To jego drugi towarzysz powstrzymał na chwilę natarcie od lasu. Jedyną drogą ucieczki wydawał się wąwóz, którym niepostrzeżenie dotarli do zagajnika, jednak Kryło zdawał sobie sprawę, że ten, kto przygotował zasadzkę, założył i taką możliwość. Ucieczka na północ, na pola, w kierunku zbawczych drzew, oznaczała samobójstwo. Wyjściem, dającym iluzoryczną nadzieję, było przebicie się przez tyralierę, która właśnie ruszała od strony gospodarstwa. Kilka celnych strzałów ostudziło zapał i tak już przerażonych poborowych. Takiego ruchu nie przewidzieli. Szyk posypał się zupełnie. Kryło, dysząc ciężko, przypadł do ziemi w śliwkowym zagajniku. Kątem oka dostrzegł, jak dziesięć metrów dalej głowa jego kompana zamienia się w krwawą masę. Cholera, ci w lesie musieli mieć snajpera. Uwaga atakujących przez ułamek sekundy skoncentrowana była na trafionym przeciwniku. Jedyna szansa! Staniesz, to zginiesz! Tygrysim susem wskoczył w otwór okienny do chałupy. Pomieszczenie stanowiło graciarnię i kurnik. Zaniepokojone ptactwo mogło podnieść rwetes. Odbezpieczył oba granaty i wyrzucił przez okno tak, aby spadły pod ciężarówkę. Eksplodowały ładunki, eksplodowało paliwo w zbiorniku. W naczepie musiało być sporo amunicji, która ogarnięta płomieniem, siekła okolicę ołowianym deszczem. Na podwórzu rozpętało się pandemonium.

Gwałtownie wtargnął do izby. Oficer, ten sam obwieś, który odwiedził ich dzisiaj rano, teraz w mundurze politruka, podnosił broń. Bagnet rzucony wprawną ręką przebił krtań. Dziwny nieartykułowany skowyt dobiegł z kąta pomieszczenia. Nie zatrzymuj się! Dzieci gospodarza patrzyły na niego wzrokiem, w którym był już tylko zwierzęcy strach. Nic więcej. Wszystkie dzieci, do których strzelał, zawsze patrzyły tak samo. Sześcioletni chłopak zasłaniał własnym ciałem młodszą siostrę. Jeszcze przed czterema godzinami przekomarzał się z nim i żartował. Bezruch to śmierć! Odrzucił bezużyteczne parabellum. Wystrzelił już cały magazynek. Wyrwał pistolet ze sztywnej dłoni oficera.

— Oszczędź dzieci — Jego wzrok spotkał się ze wzrokiem człowieka, który udzielił im schronienia.

Teraz już wiedział, że to on go wydał i wiedział, że on wie. Gospodarz był spokojny. Siedział na ławie. Twardo patrzył w oczy Ukraińca. Nie dbał o to, że zginie. Miał ważniejszą sprawę do załatwienia. Mikołaj, cały czas trzymając chłopa na muszce, podszedł do drzwi i narzucił na siebie oficerski płaszcz. Przez ułamek sekundy mierzyli się wzrokiem, a potem przybysz zniknął bezszelestnie za drzwiami.

Cokolwiek mu było pisane, dla niego wojna już się skończyła. Nie zamierzał więcej zabijać.

* * *

Zapadał zmrok. Pierwsze płatki śniegu opadały powoli. Las, ułożony do zimowego snu, milczał. Ktoś zakradł się bezszelestnie do opuszczonego, na wpół spalonego chutoru. Człowiek wojny, ten co nieustannie ucieka przed śmiercią, a jednocześnie, ciągnie śmierć za sobą, patrzył i czekał. Kostucha odwiedziła to miejsce dawno temu. Pochylony, brzozowy krzyż musiał tkwić w zmarzniętej ziemi od lat kilku. Trzask gałęzi, gdzieś za resztkami obory, podniósł poziom adrenaliny, ale wygłodniały i wyziębiony organizm nie działał już tak sprawnie. Uciekający odbezpieczył pistolet. Potężny odyniec majestatycznie wyszedł zza węgła. Człowiek i zwierzę mierzyli się wzrokiem. Człowiek zdjął czapkę, nakrywając broń. Strzał był wytłumiony. Dzik, trafiony między oczy, prawie nie wydał odgłosu. Przez chwilę drgał konwulsyjnie. Znieruchomiał.

Mikołaj Kryło rozejrzał się. Ta część domu, w której stał piec, dawała schronienie przed śniegiem. Ogień w nocy będzie można rozpalić, a jedzenie? Przed nim leżała góra mięsa.

Potwornie znużony przysiadł na resztkach wyrka. Kilka dni ucieczki pozwoliło mu nabrać przekonania, że zmylił pogoń. Teraz odpocznie, a po jakimś czasie ruszy w dalszą drogę. Na zachód.


Początek lat osiemdziesiątych

Cholera! Wopiści! Włodek jak zwykle o ułamek sekundy wcześniej wyczuł, zanim zobaczył. Dwóch facetów w mundurach szło od strony Błyszcza, prosto na niego. Bezszelestnie zsunął się na słowacką stronę i przylgnął do mokrych głazów. Przeszli. Nie zauważyli. Był mądrzejszy niż Baśka rok temu w Karkonoszach. Siedział cicho, dopóki nie zniknęli całkowicie. Potem odczekał jeszcze chwilę.

Droga wolna.

W sumie dobrze, że ich spotkał. Patrole bardzo rzadko przemierzały główną tatrzańską grań w odstępach mniejszych niż sześć godzin. Droga na Bystrą, najwyższy wierzchołek Tatrów Zachodnich, stała otworem. Nadszedł przedostatni dzień wakacji. Wczoraj, jeszcze zanim słońce wzeszło, wyruszyli z Pięciu Stawów i dotarli do schroniska Ornak. Mordercza wędrówka. Dzisiaj był jedynym, który zechciał ruszyć dupę. Cała reszta byczyła się na polanie przed schroniskiem. Ciekawe, czy znowu będzie zadyma. Pewnie będzie. Zawsze jest, jak tylko zatrzymają się gdzieś na dłużej. W Roztoce, podburzeni przez Baśkę, zaczęli łaskotać Jolę. Po kilkunastu minutach dziewczyna wyła tak, że jakaś grupa powracających ze Słowacji taterników w mało wybredny sposób przywołała ich do porządku. Uśmiechnął się na samo wspomnienie.

Mówili, że zdobycie górki, która w całości leżała po słowackiej stronie, nie zawsze się udawało. Zależało głównie od humoru żołnierzy pilnujących granicy. Gdyby Baśka poszła razem z nim, sprawa byłaby prosta. Żaden wojak nie miał szans w starciu z tyleż wygadaną, co przesympatyczną dziewczyną. Sam wolał się nie pokazywać na oczy tym, którzy pilnowali granicy. Nie wyglądał na swoje siedemnaście lat i nie łudził się, że pozwoliliby iść dalej. Tym bardziej, że zszedł ze szlaku, a i pogoda była nieciekawa. Pierwszy deszcz dopadł go na podejściu pod Tomanową. Potem nawet gdzieś zagrzmiało, jednak burza przeszła daleko. Jeszcze później wlazł w chmurę i nawet przez chwilę miał wrażenie, że pomylił drogę. Temperatura mocno spadła, jak to w czasem Tatrach pod koniec lata. Kiedy wyminął patrol, zaczęło się przejaśniać. Wiało coraz mocniej, a on wchodził wyżej i wyżej. Błyszcz — 2158 metrów n.p.m. Ścieżka na Bystrą odchodziła poniżej, odrobinę na zachód od miejsca, w którym stał. Ostatnie sto kilkadziesiąt metrów podejścia. Przejaśniało się coraz bardziej, jednak wicher nie dawał za wygraną. Trudno było ustać na nogach. Otargańce widział w całej krasie, a w dali, skryte za Wołowcem, zamajaczyły charakterystyczne sylwetki Rohaczy. Słońce stało już nisko i jakoś przebijało się pomiędzy górną i dolną warstwą chmur. Cholera, za późno wyruszył. Nie zdąży przed zmrokiem. Dochodziła szósta. Stanął na szczycie. Był sam. W dole skłębione tumany mgły opowiadały swoją własną historię, tyleż fascynującą, co niezrozumiałą.

* * *

Przez bramę tak ogromną, że jej szczyt rozpływał się w chmurach, wchodził do innego świata. Stawał się tym, co czuł w swoim sercu, a jego myśli były częścią wielkiego misterium gór. Miał wrażenie, że coś bierze go za rękę i prowadzi do miejsca, gdzie musi się znaleźć. Podążał na spotkanie z nieznanym, które powinno nastąpić. Otaczającą go rzeczywistość akceptował taką, w jakiej przyszło mu żyć. Nie pytał się "być czy nie być". Pytanie nie miało sensu. Wiedział, co jest dobre, wiedział co jest złe. Więcej nie było potrzebne. Nie miał pytań do świata, skoro ten, nie pytany, sam udzielał odpowiedzi. Przecież wystarczyło patrzeć i słuchać.

Dreszcz przeszedł go nagle. Szóstym zmysłem czuł, że nie jest sam. W pierwszym odruchu chciał się cofnąć, powrócić tak, jak przyszedł — przez wielką bramę.

Uciekać!

Gdzieś w pobliżu przyczaiło się coś, co sprawiało, że poczuł strach. Nie, to nie był sam strach. Gdyby się tylko bał, uciekłby przecież. Popatrzył dookoła. Zachodzące słońce wydobywało z obłoków baśniowe kolory, których nie potrafił nazwać, kształty, których nie można opisać. Wszystko w ruchu, pozornie chaotycznym, jednak mającym jakiś cel i sens.

I wtedy go zobaczył.

Stał, w zasadzie wisiał w powietrzu, na tle obłoków szalejących nad Kamienistą doliną. Otoczony tęczą, czekał na niego. To dlatego Włodek nie mógł odejść. Mówił do niego feerią barw i wyciem wichru, ale chłopak niczego nie rozumiał. Bał się. Miał wrażenie, że wszystko zwalnia swój bieg. Widziadło zniknęło i po chwili pojawiło się nieco wyżej. Przeciągłe zawodzenie sprawiało ból w uszach. Zjawa złościła się. Dlaczego?

Czas!

Czas który płynie, czas który zawsze dobiegnie końca.

W pewnej chwili chłopak zdał sobie sprawę, że każdy czas dobiegnie końca. Tutaj i teraz również niewiele czasu pozostało. Nie potrafił powiedzieć skąd wziął swoją pewność, jednak był przekonany, że to coś było złe z tego właśnie powodu. Niepokój udzielał się głazom, ziemi, drżącym kępkom pożółkłych traw. "Chce, żebym coś powiedział? Nie, chce mi coś powiedzieć, a nie może" — myślał gorączkowo. To coś ponaglało go. Tak, jakby to on powinien wykonać pierwszy gest.

— Kim jesteś?

Płacz.

Płacz, cichy, jednak najbardziej przejmujący płacz, z jakim się w życiu spotkał. Tylko raz słyszał, jak ktoś tak płacze. Dziadek. Twardy i silny człowiek, ten, który pokazywał mu świat tak, jak nie potrafiłby pokazać nikt inny. I nigdy nie chciał opowiedzieć o wojnie. Włodek miał z tego powodu wielki żal do dziadka. Aż w końcu pokłócili się. Bardzo się pokłócili. Myślał nawet, że dziadek sprawi mu lanie. Czasem się zdarzało, że oberwał. Bo dziadek był mądry. Zawsze miał rację. Ale wtedy dziadek się rozpłakał. Nie tak, jak dzieci płaczą, tylko jakoś tak, że nawet po pięciu latach Włodek nie potrafił zapomnieć. A dwa dni potem dziadek już nie żył. I teraz, tutaj, w miejscu, którego nie było na mapie, usłyszał to, czego nie spodziewał się usłyszeć, czego nigdy więcej nie chciał usłyszeć.

Obraz i dźwięk uległy zmianie. Zaczynał cokolwiek rozumieć. Dziadek Mikołaj był obok i bał się. Cierpiał.

Strach.

Vlad czuł, jak niedobre czai się za jego plecami. Chciał popatrzeć do tyłu, stanąć z niebezpieczeństwem twarzą w twarz, ale "popatrzeć" i "stanąć twarzą w twarz" miały inne znaczenie. Słowa traciły swój sens. Cień zawył rozpaczliwie jego własnym głosem. Ziemia drżała. Tam, gdzie nie mógł spojrzeć, coś nieskończenie wielkiego przemieszczało się z hukiem, nie potrzebując ani czasu, ani przestrzeni.

Strach, ból targający ciało, którego nie ma. I znowu dotarła do niego drobna cząstka całości. Nie widział, nie słyszał. A dziadek coś mówił, wołał do niego. Teraz żałował, że kilka lat temu tak natarczywie pytał o wojnę. Wiedział już, że to coś jest złe. Bardzo złe. Powinien poznać prawdę, ale nie potrafił... Ból targający ciało, którego nie ma... wycie umierających... oczy, oczy dzieci, w oczach strach!

Myśl była jak krzyk, jak grom rozpaczą rzucony w dolinę.

* * *

Przez chwilę miał wrażenie, że na barki włożono mu ciężar, którego unieść nie zdoła. Potem stwierdził, że brzemię, choć ciężkie, pozwala się poruszać... oczy, oczy dzieci, w oczach strach... Rzeczywistość powróciła.

Od Otargańców nadciągała chmura. Słońce zakrył ponury tuman i świat stał się z powrotem takim, jakim był. Niechętnie zadawał pytania, niechętnie udzielał odpowiedzi. Włodek popatrzył na zegarek. Szósta trzydzieści. Miał wrażenie, że cały ten zwid trwał o wiele dłużej. Przełączył na datę. Wszystko w porządku, trzydziesty sierpnia. Teraz na Raczkową i przez Ornak. Jeżeli pobiegnie, zdąży przed nocą.


Lata dziewięćdziesiąte

Michasia odstawiła Krysię od piersi. Chwilę później dziecko spało kamiennym snem. Odłożyła małą do kojca, pogłaskała po główce. Popatrzyła w okno. Na tle ciemnego nieba masyw Cergowej rysował się wyraźnie. "Byłam tam" — pomyślała z satysfakcją. A potem przeszedł ją dreszcz. To coś, co zobaczyła dwa dni temu, przejmowało strachem w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Zawsze wtedy, kiedy jego nie było przy niej. Widmo... widmo czegoś tam. Nazwał to, a jeszcze później powiedział z lekkim niewyraźnym uśmiechem, że jak się pokaże, to znaczy, że człowiek umrze w górach. Ale wtedy wcale mu do śmiechu nie było. Właściwie to w takim stanie, zobaczyła go po raz pierwszy w życiu.

Pojechali wreszcie na wakacje. Pierwsze wakacje we trójkę. Kiedy tak sobie jechali, było piękne lato, ale już pierwszego dnia pogoda się załamała. Siąpiło od rana do wieczora, a oni dzielili czas pomiędzy Krysię i siebie. I było bardzo dobrze. Po trzech dniach deszczu niebo wyglądało tak, jakby zanosiło się na zmianę pogody. Gospodarz, u którego mieszkali mówił, że dzień przyjdzie gorący. Rzeczywiście, już od samego rana upał dawał się we znaki. Ruszyli na Cergową. Weszli na szczyt od północy, potem zeszli nieco niżej, na południową stronę. Śpiąca Krysia, rozległe łąki i zapach gorących traw aż prosiły, aby zalegnąć gdzieś w cieniu i zrobić to jeszcze raz, kiedy nagle poczuli zimno. Przejmujące zimno. Zerwał się wicher i zaczęło szumieć tak dziwnie, tak niesamowicie... jakby ktoś z daleka, z bardzo daleka wzywał pomocy. Obłoki i mgła zlały się w jedno i tańczyły wokół nich w dziwnym tańcu pełnym tajemnicy i niepokoju. Włodek przytulił ją. Patrzyli na cienie otoczone tęczowym blaskiem, które pojawiły się ni to na chmurze, ni to na tle lasu. Miała wrażenie, że on z kimś rozmawia, że ta rozmowa jest niezwykle ważna. I nie potrafiła powiedzieć, czy Vlad był spokojny, czy może się czegoś bał. Przez krótką chwilę sprawiał wrażenie nieobecnego. Inaczej nieobecnego, bardziej nieobecnego. Przestraszyła się, że jest sama. A jeszcze potem usłyszała... nie tego nie dało się usłyszeć... poczuła kogoś obcego. Czyjś strach i rozpacz, rozpacz tak wielką, że prawie niewyobrażalną. Dopiero kiedy Krysia zaczęła kwilić w nosiłkach, tamto coś przestało być ważne. Rozwiało się i znikło, a płacz dziecka przywrócił rzeczywistość ich trochę bajkowemu, a trochę groźnemu światu.

Potrząsnęła głową, pragnąc odgonić wspomnienie. Jej ciężkie, złociste loki wykonały efektowny taniec dookoła głowy i opadły na ramiona. Szkoda, że on się na nią nie patrzył. Myśl o drugiej połowie przywołała uśmiech, którego żadna dłoń nie potrafiłaby przenieść na płótno.

Włodek pokazywał jej góry powoli i delikatnie. Same góry co jakiś czas okazywały się brutalne. Zupełnie jak Włodek... jak Włodek w łóżku. To wszystko razem stanowiło mieszankę, o której trudno było mówić słowami. Dwa lata minęły od czasu, kiedy skoczyła mu w ramiona, niczym ćma w ogień. I ciągle było inaczej. Najpierw próbowała go prowokować, aby robił to, co ona chce. Ale on był nieprzewidywalny. Nie potrafiła kontrolować ani siebie, ani przebiegu wydarzeń. Nie zwykła używać rozumu w przypadkach, w których rozum nie był potrzebny. Przez całe życie działała instynktownie, chociaż najczęściej wstyd i chęć ucieczki dyktowały jej to, co ma robić. Dopiero on... przy nim niczego się nie wstydziła.

Zasłoniła okno i zapaliła świecę. On lubił blask świecy — przypominał czasy, kiedy się włóczył po bazach namiotowych i chatkach. Tam przecież nie było prądu, tylko blask świec skakał po ścianach. Usiadła w fotelu. Przytulny pokoik w małym pensjonacie na południe od Iwonicza miał się nijak do warunków, w jakich jej mąż spędził kilkanaście lat, wędrując w nieznane. Łazienka i ciepła woda, czysta pościel i dwa tapczany zestawione razem... wielkie szerokie łóżko, na którym zaraz będzie robić z nią, co tylko zechce.

Usłyszała, a w zasadzie wyczuła, jak wchodził po schodach. Poruszał się bezszelestnie, jednak ona wiedziała, kiedy jest w pobliżu. Dawno temu potrafił podejść do niej niezauważony, ale potem nauczyła się jego obecności i po prostu wiedziała... Teraz był w pomieszczeniu obok, w jadalni. Zapewne chował zakupy do lodówki. Dotknęła... tam niżej. Skóra gładka, starannie wygolona zapraszała, aby się wtulił głęboko, kiedy ona, powstrzymując krzyk, będzie walczyć z odruchem nakazującym zacisnąć nogi. A może najpierw położy jej stopy na swoich kolanach i zacznie wcierać krem. Przedwczoraj, w czasie wyprawy na Cergową nie przeszkadzało jej, że jest zmęczona, że oddech się rwie. Po ośmiu godzinach wędrówki najbardziej obawiała się o swoje stopy. On tak bardzo lubił się bawić jej stopami, mówił że takie piękne... I jak zeszli z góry, kazał jej zdjąć buty i wejść do lodowatej wody. Popłakała się, kiedy kazał chodzić po ostrych kamykach... ale zawsze robiła wszystko, co jej kazał... Im bardziej jej kazał, tym bardziej chciała i tym bardziej było... Zimno wdzierało się w kości. Bolało tak, że chciała krzyczeć, ale Krysia zasnęła i Michasia nie mogła krzyczeć. Vlad ułożył małą do snu i też wszedł do strumienia. I zrobili to tak zwyczajnie, tyle że w zimnej wodzie na stojąco i dlatego było niezwyczajnie, bardzo niezwyczajnie. A potem, kiedy ruszyli dalej, ze zdziwieniem stwierdziła, że już nie jest zmęczona, że idzie się lekko i dobrze. A kiedy dotarli do pensjonatu okazało się, że stopy są niepoobcierane... tylko trochę zmęczone. Wieczorem wcierał krem i łaskotał ją tak, że się znowu popłakała. Kiedyś, jeszcze zanim urodziła się Krysia, Michasia krzyczała. Potem już nie wolno było krzyczeć. Mogła obudzić dziecko. No i nie wolno było się ruszyć. Na samym początku, zaraz jak wrócili z Italii, przywiązywał ją do łóżka i było to ogromnie podniecające. Ale tak naprawdę Vlad nie lubił jej wiązać. I coraz częściej kazał jej się oddawać wbrew temu, co mówiło jej ciało... i coraz częściej jej własne ciało słuchało się Vlada, a nie jej samej.

Nigdy nie zastanawiała się, dlaczego tak jest. Nigdy się nie zastanawiała, dlaczego rzuciła studia, dlaczego oddała mu się bardziej niż można się oddać, dlaczego Krysia zastępuje i jej i jemu cały świat, jaki mieli dotąd, dlaczego Włodek, którego własnością się czuła, robi natychmiast wszystko, co ona mu powie, a często zanim zdąży powiedzieć. Tomek śmiał się nawet z jej męża, że został pantoflarzem. A on, małomówny jak zawsze, tylko się uśmiechnął. Nie zastanawiała się, dlaczego tak mało rozmawiają. Spojrzeniem mówili sobie więcej, niż można powiedzieć słowami. Świat był oczywisty. Nie zadawał pytań i nie wymagał odpowiedzi.

* * *

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. A urlop kończy się najszybciej. Trzeba było wracać do Świdnicy. W zasadzie wracali do Wrocławia, tyle że Włodek musiał oddać ojcu samochód. Swojego jeszcze nie mieli, a kiedy chce się pojeździć po świecie z małym dzieckiem u boku, własna bryka to bardzo wygodna rzecz. Trzy lata temu Vlad popukał się w głowę, kiedy jego kumpel Czubaty, snując wizję przyszłości, zaczął gadać o oglądaniu gór przez szybę. Po co? Samochód mógł być jedynie kulą u nogi. Założyć plecak i iść przed siebie. Trzy lata temu nie potrzebował niczego więcej.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Bagażnik zapakowany, jeszcze tylko wizyta na poczcie. Jego żona miała hopla na punkcie telefonów do Mamy. Obiecała, że przed wyruszeniem w trasę zadzwoni i nie było przeproś. Musiała zadzwonić. Czekał przy samochodzie z Krysią na ręku, a dziewczyny jak nie było, tak nie było. Nawet się nie złościł. Kwestia przyzwyczajenia. Michasia, kiepsko zorganizowana i w jakiś naturalny sposób bezradna, kierowała się wyłącznie instynktem. Dwa lata wcześniej z przerażeniem myślał o tym, że zostaną rodzicami. Z niepokojem spoglądał na rosnący brzuch swojej żony. Kiedy jednak pojawiła się córcia, młoda mama, kiepsko zorganizowana i bezradna w dalszym ciągu, doskonale dawała sobie radę. Instynkt czy geny? Pani Łabędzka, jego teściowa, stanowiła kopię swojej starszej córki Baśki, choć właściwsze byłoby powiedzenie, że to Baśka jest kopią Łabędzkiej-seniorki. Obie, systematyczne i poukładane, choć niczego nie traciły ze swej kobiecości, były zaprzeczeniem Michasi.

Ze szwagierką łączyła go przyjaźń jeszcze z czasów piaskownicy, dwanaście lat w jednej klasie, akademik i tysiące kilometrów na górskich szlakach. Z Michasią? Przez wiele lat była dla niego po prostu młodszą siostrą Baśki. A potem jedna chwila zapomnienia-niezapomnienia i coś się zmieniło w życiu Włodka. "Widziały gały co brały" — skomentował Czubaty informację o tym, że jego przyjaciel zakłada podstawową komórkę społeczną. Włodek nie myślał zbyt wiele nad sensem swojego małżeństwa. Wszystko wyszło w sposób naturalny i oczywisty, a żal za utraconą swobodą kozaczą nie przeszkadzał mu ani trochę. Czasem nawet się zastanawiał, czy Czubaty miał rację, mówiąc o utracie kozaczej swobody.

Krysia zakwiliła i drgnęła jakby przestraszona. Coś się chyba dziecku przyśniło. Wierciła się przez chwilę, a w końcu przekręciła główkę na drugą stronę. Spała dalej.

Nareszcie! W drzwiach urzędu pocztowego zobaczył żonę.

— Wiesz co mi powiedziała Aldonka? — Michasia zachichotała wychodząc z budynku.

— Rozmawiałaś z Aldonką? — Aldonka i Tomek Chwaleccy byli, obok Czubatego, serdecznymi przyjaciółmi Michasi i Vlada jeszcze z czasów studenckich.

— Mamy nie było w domu. Zadzwoniłam do Kłodzka, do Chwaleckich. Mama zamierzała ich odwiedzić, a tam akurat Aldonka i Tomek przyjechali. No i zamiast z Mamą, gadałam prawie kwadrans z Aldonką. — Znowu się uśmiechnęła figlarnie.

— No i co ci powiedziała Aldonka?

— Że byli w Tatrach i że zrobili sobie panoramkę. Wjechali samochodem na Olczański Wierch, nie wysiadając rozłożyli mapę i oglądali góry.

Vlad pokręcił głową z udawaną dezaprobatą. — To się nazywa głęboki upadek. Tomek upadł tak samo nisko jak i ja. Przynajmniej tyle pocieszającego. — Ostrożnie, aby nie obudzić, oddał małą Michasi. Wsiedli do samochodu. Kilka minut jechali w milczeniu.

— Vlad?

— Mh.

— Wtedy... na Cergowej... mówiłeś... Co to właściwie było?

— Takie cienie na chmurze nazywa się widmem Brockenu i, jak stara tatrzańska mądrość głosi, kto raz zobaczy cień w górach, ten umrze w górach. Kto zobaczy widmo trzy razy, ten żyć będzie długo i szczęśliwie... i w końcu kiedyś też umrze — dodał z melancholijnym uśmiechem.

Michasia zamilkła.

Vlad czuł, że pytała o coś zupełnie innego. A on nie potrafił o tym rozmawiać.

* * *

— Wiedziałeś? — Włodek spojrzał ojcu prosto w oczy.

Stary skinął głową. Był wyraźnie zakłopotany, ale nie odwrócił wzroku. Zdawał sobie sprawę, że ta rozmowa powinna się odbyć kilka lat temu.

— Twój dziadek nie nazywał się Rawicz. Nazywał się Kryło. A jego babka była z domu Potocka. Jego pradziadek po kądzieli pieczętował się Srebrną Pilawą. Był Polakiem.

— Nie o to mi chodzi. Przez całe życie wiedziałem, że dziadek trafił daleko na wschód, że potem był partyzantem, że walczył z Niemcami...

— Walczył z Niemcami — jak echo powtórzył Rawicz-senior bezbarwnym głosem. — Z Polakami również walczył. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że był Upowcem. W tym kraju, chwały to nie przynosi.

— Bo to w ogóle chwały nie przynosi! — Włodek wybuchnął gniewem, jednak szybko się opanował. Tata miał nadciśnienie, miażdżycę i mnóstwo innych dolegliwości, o których mówił równie niechętnie jak Mikołaj Kryło vel Rawicz o swojej przeszłości. Nie zamierzał sprawiać ojcu przykrości. Po prostu chciał wiedzieć.

— On był bardzo dumny ze swojej przynależności do Ukraińskiej Powstańczej Armii. — Starszy pan wydawał się nieco zdezorientowany, ale tym razem w jego mowie zabrzmiała pewność.

Włodek przypomniał sobie płacz dziadka na dwa dni przed śmiercią. Czy tak mogła przejawiać się duma? Ale to, co powiedział ojciec, brzmiało przekonywująco. Bardzo przekonywująco. Starszy nie tylko wierzył. On wiedział, że dziadek uważał się za Ukraińca z krwi i kości. Wiedział, że dziadek był z tego dumny. Bardzo dumny.

Przez chwilę panowało milczenie.

— Miałeś wtedy osiem lat. — Ojciec po głębokim namyśle podjął dyskusję. — Pamiętasz? Były zawody karate. A ty byłeś w swojej grupie najmłodszy i najmniejszy. Dzisiaj nikt by nie dopuścił do takiej walki, a nawet wtedy musiałem podpisać oświadczenie, że się zgadzam. Ja się po prosu bałem. Nie chciałem, żebyś walczył ze starszymi i większymi o głowę. Właściwie to twój dziadek kazał mi podpisać i miał rację... jak zawsze miał rację.

— Z tego, co było najpierw, to niewiele pamiętam. Pamiętam tylko, że pokonałem wszystkich, a na koniec walczyłem z takim... Mariuszem... Jaworski mu chyba było, może Jaworowski. Nie pamiętam. Jego też pokonałem...

— Tego samego dnia wieczorem dziadek powiedział mi, jak się nazywał naprawdę i gdzie walczył w czasie wojny. I ja się go wtedy zapytałem o UPA. Powiedział, abym nigdy więcej go nie pytał. I ja nigdy więcej nie zapytałem. Wiesz, jaki był dziadek.

Włodek skinął głową. Od ojca nigdy w skórę nie dostał, od dziadka kilka razy oberwał solidnie. No cóż, do aniołków nie należał i z dzisiejszej perspektywy mógł jedynie stwierdzić, że kiedy Mikołaj Kryło łoił mu tyłek, zawsze miał rację. Skrajnie patriarchalne stosunki jakie panowały w jego rodzinie, wydawały się odpowiadać bardziej Michasi, która dziadka znała jedynie z widzenia niż jemu.

— Czy czułeś się kiedyś jakoś ograniczony w swojej wolności? Przeze mnie albo przez dziadka Mikołaja? — Starszy pan wyrwał swoją latorośl z zamyślenia.

— Nie. Zawsze mi wszyscy zazdrościli. Zwłaszcza kiedy mnie puszczałeś samego w góry. Ja się nigdy nie czułem ograniczony.

— Widzisz. Ja tak samo. Mój ojciec nie raz i nie dwa sprawił mi solidne manto, jednak nie czułem się ani ograniczony, ani jakoś... stłamszony. Mawiał, że w stadzie wilków zawsze musi być przywódca, że bycie takim przywódcą polega na zabezpieczeniu stada, a nie demonstrowaniu swojej przewagi na każdym kroku. On widział, że ty to czujesz, że tak właśnie potrafisz postępować, chociaż nie zastanawiasz się nad tym wcale. Mam rację?

Włodek uśmiechnął się. — Masz rację... nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

— Na dzień przed śmiercią prosił... abym ci kiedyś powiedział...

— Co powiedział?

— Że Kozakiem się po prostu jest, że trzeba się urodzić, że to nie jest żadna nacja, żaden wybór. Trzeba się urodzić, a potem po prostu być i żyć z tym na co dzień. Powiedział, że ani ja się nie urodziłem Kozakiem, ani wujek Karol. I że on był nawet z tego zadowolony. Bo to nie były czasy dla Kozaków. A w następnym pokoleniu było podobnie. Ani dzieciaki ciotki Heleny, ani Marek czy Janusz... że dopiero ty. Nawet nie wiesz, jak on cię kochał. I jeszcze jedno. Nie powiedział mi tego nigdy, ale czułem... jego żal, że nie miałeś brata czy siostry. — Ojciec wyrzucał z siebie słowa nieco chaotycznie, szybko i z ogromnym wzruszeniem. Zmęczył się, zasapał. Sięgnął po filiżankę herbaty.

Sączyli napar powoli, każdy zatopiony we własnych myślach.

— Włodek?

— Słucham.

— Dlaczego się pytasz? Teraz właśnie.

Przez chwilę wahał się, czy nie wyrzucić z siebie wszystkiego. Czy nie powiedzieć o czymś, co nie dawało się wyjaśnić racjonalnie, o czymś, co już po raz wtóry wdarło się do jego życia, czyniąc zamęt w niepoukładanym, choć przyjaznym świecie. Dwa tygodnie temu dziadek przemówił do niego po raz drugi. Tym razem przekaz był dużo bardziej jednoznaczny niż dekadę wcześniej... i o wiele bardziej straszny... makabryczny. Wojna i krew. Strach i nienawiść. Przede wszystkim nienawiść. Tylko nienawiść. Tak straszna, że nie starczało już miejsca na nic więcej. Dlaczego właśnie teraz? Może musiał dorosnąć, aby móc zrozumieć, poznać prawdę... i nie zwariować. Właściwie to nie miał żadnych wizji, tylko poczuł. Poczuł to, co może poczuć ktoś, kto zostawia za sobą stos martwych zamęczonych ludzi i oczy... oczy dzieci... w oczach strach...

Popatrzył na starego człowieka. Nie wiedział. Nie mógł wiedzieć. Szara zmęczona twarz zdradzała uczucia. Vlad czytał, jak w otwartej księdze. Ojciec nie wiedział i... dobrze, że nie wiedział. To już nie był problem ojca. To był jego problem. Oczy... oczy dzieci... w oczach strach... Tylko jego i nikogo więcej.


Koniec wieku dwudziestego.

Kubuś nie mógł zasnąć. Nawet zaczęli się obawiać, czy jakiś wirus dziecka nie rozkłada. W końcu okazało się, że mały po prostu chce do dużego łóżka, do mamy i taty. A tak dobrze się wieczór zapowiadał. Butelka musującego wina powędrowała z powrotem do lodówki. Powoli, bez pośpiechu, jesteśmy na urlopie. Dzieciak zaczął ziewać i kaprysić. Kiedy wszystko wskazywało, że w końcu padnie, w drzwiach stanęła starsza o półtora roku Krysia. Kuba rozbudził się zupełnie.

Cierpliwości.

Dzieci, zadowolone, jeszcze przez pół godziny brykały po łóżku, zanim zaczęły wreszcie zasypiać. Proces jak zwykle okazał się długi i powolny, ale w końcu zasnęły naprawdę mocno. Nie obudził ich nawet dźwięk komórki. Telefon z pracy. Takie życie. Trzeba było jechać w Bieszczady, tam nie ma zasięgu, a w Gorcach jest prawie wszędzie. Włodek wyszedł na balkon i przez następne dwadzieścia minut wyjaśniał przełożonemu szczegóły kontraktu, do którego mieli usiąść dopiero za dwa tygodnie. Jeżeli coś może pójść źle, to pójdzie. Jeżeli nie może... to też pójdzie źle. Prawa Murphyego sprawdzały się zawsze.

— Spędzisz noc w pracy, a ja jeszcze popatrzę w księżyc nad Babią Górą. — Włodek "pocieszał" szefa zadowolony, że jednak nie musi wracać do Wrocławia.

— Ty się zając nie śmiej. — Usłyszał na pożegnanie. — Zapytaj swojego księżyca, czy to jest aby nasza ostatnia rozmowa.

Pechowy urlopowicz popatrzył w rozgwieżdżone niebo. Trzy dni po pełni, łysy zaczął znikać i na pierwszy rzut oka było widać, że telefon jeszcze zadzwoni.

Wszedł do pokoju, jak mógł najciszej. Michasia już wyniosła dzieci do sąsiedniego pomieszczenia. Praca, jak praca. Dobrze, że jest. Vlad okazywał się coraz bardziej niezastąpiony i zarabiał coraz lepiej. To fakt, że do zarobków Tomka czy Aldonki było mu bardzo daleko, jednak mało nabożny stosunek do pieniędzy był jedną z wielu rzeczy, które go z żoną łączyły, czyniąc rzeczywistość przyjazną i prostą w obsłudze. Teraz już mogli sobie pozwolić na wynajmowanie dwóch pokoi. Starsze szkraby spały za ścianą. Tylko Maciuś, zwinięty w kłębek, coś z kojca pomrukiwał przez sen.

Poszedł do jadalni. Powrócił z butelką i kieliszkami. Michasia zrzuciła szlafrok. Piżama, kupiona w sklepiku z "niegrzeczną bielizną" zasłaniała, aby niczego nie zasłonić. Takie coś trzeba umieć nosić. Nie, umiejętności nie miały tu nic do rzeczy. Takie coś trzeba chcieć nosić, trzeba po prostu być Michasią. Musnęła go delikatnie nabrzmiałymi sutkami. Wypić już nie zdążyli. Z kojca dobiegło kwękanie. Po chwili najmłodszy i najbardziej żarłoczny członek rodu dobierał się do cyca.

— Konkurencja — mruknął udając złego.

Widok żony karmiącej dziecko, działał lepiej od psychoanalityka. Tomek mu opowiadał jak kiedyś poszedł do psychoanalityka. Dwa tygodnie przed urlopem spędził z przyjacielem długi wieczór przy piwie (licząc od popołudnia do rana) i nasłuchał się opowieści o życiu w tak zwanym wielkim świecie. Małżeńskie i pozamałżeńskie kłopoty Tomka jawiły mu się jako naturalny skutek środowiska, w które wsiąkli: on i Aldonka. Niektórych problemów po prostu nie wypadało nie mieć.

Maciuś zasnął, zanim się na dobre obudził. Pochylona dziewczyna odkładała małego do kojca. Ręce Vlada niemal odruchowo powędrowały pod zwiewną tkaninę, okrywającą zgrabny, budzący pożądanie i bardzo gotowy tyłeczek.

Zadzwonił telefon.

Włodek padł na łóżko i zaczął się śmiać. Michasia wyglądała na wyraźnie niepocieszoną. Ociągając się, wziął komórkę i wyszedł na balkon. Kiedy po dwudziestu minutach powrócił do pokoju, światło było zgaszone, a jego żona oddychała równym rytmem. Spała? Nie, nie spała. Prześliczna, długa, bardzo delikatna stópka wystawała spod kołdry. Zaproszenie do zabawy. Usiadł na podłodze i zaczął całować, muskać ustami, dotykać czubkiem języka. Miała łaskotki. Wszędzie. Nie chciała się przyzwyczaić. Napięta jak struna jednocześnie poddawała się pieszczotom. Kiedy doszedł do kostki, położył jedną rękę na łydce, a czubkami palców drugiej ręki delikatnie łaskotał gładką piętę. Była całkowicie bezbronna. Ona nie potrafiła się bronić. Czuł drżenie całego ciała, słyszał jak pazury gwałtownie wpijają się w poduszkę. Po chwili druga nóżka dołączyła do pierwszej. Kołdra zsunęła się na ziemię odsłaniając nagie kuszące ciało. Najbardziej kuszące ciało na świecie. Całował obie stopy i łaskotał po kostkach. Czas płynął inaczej, odmierzany jedynie gwałtownymi skurczami, jakie wstrząsały Michasią. Leżała sztywno na brzuchu, nogi złączone razem i napięte w oczekiwaniu na wszystko. Ruszył do góry. Podróż, nie wiadomo po raz który, jednak zawsze w nieznane. Czubkiem języka muskał naprężoną skórę pod kolanami. W myślach słyszał desperacki śmiech, niemal wycie, ale to tylko przyspieszony oddech i coś jeszcze... nieuchwytnego, nienazwanego... Wygięta w łuk dziewczyna bezgłośnie kręciła głową. Musnął uda twardym, całodniowym zarostem. Jej nogi zaczęły się rozsuwać. Coraz bardziej. Kolejna granica szaleństwa została przekroczona... wyżej... dalej... jeszcze... Czas już nie płynął... była tylko ta chwila.

* * *

Usiłował powrócić do rzeczywistości, ale sen nie odpuszczał. Z kojca dochodziło kwękanie przechodzące w płacz. Jego lepsza połowa oczy miała otwarte, a wzrok przytomny. Michasi nie był w stanie obudzić największy hałas, jednak odgłosy jakie wydawały rozbudzone dzieci, działały niezawodnie. Zwlókł się z łóżka, wziął małego na ręce i podał żonie. Zajrzał jeszcze do starszych. Przykrył Krysię, Kuba zwinięty w kłębek spał jak kamień. Oddech równy i cichy. Nie, wirus go nie rozkłada. To bardzo dobrze. Wybiorą się dzisiaj na Kudłonia, a jak młodzież dopisze, to może dalej. Spojrzał w okno. Poniżej, w dolinie, kłębiły się mgły poranne. Tylko patrzeć, jak pierwszy promień słońca wystrzeli zza grzbietu Lubania.

* * *

Dotarł tam, gdzie Kubuś stwierdził, że pieska już nie ma. Wczoraj na Turbaczu bawił się jeszcze swoim ulubionym pluszakiem przypominającym skrzyżowanie psa, krokodyla i obcego. Dziesięć minut po wyjściu ze schroniska miał go ze sobą na pewno. Musiał zgubić gdzieś pomiędzy rozwidleniem szlaków, a tym miejscem, w którym Vlad stał obecnie. Płacze były straszne, ale w końcu brzdąc uwierzył, że tata wróci i odnajdzie stwora. Teraz tata wrócił, przemierzał powoli trasę i wypatrywał wszystkiego, co miało czerwony i niebieski kolor. Jak na razie bezskutecznie.

Nie mógł synkowi sprawić zawodu. Jeszcze rok temu w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że wejdą wszyscy na Jaworzynkę, na Kudłonia a potem, przez przełęcz, na Turbacz. Ze schroniska pod Turbaczem do wysoko położonego pensjonatu, gdzie od tygodnia mieszkali, dochodziło się spacerkiem w półtorej godziny. Sam mógł wprawdzie przebiec całą trasę bardzo szybko, ale to nie było to samo. Michasia dawno już chwyciła bakcyla wędrówki, Misio w nosiłkach nie stanowił problemu, jednak starsze szkraby, choć fizycznie niezmordowane, często miewały humory. Turystyka w takiej formie napotykała na liczne problemy i opory, tyleż irytujące, co zabawne. Ale wczoraj było rewelacyjnie. Gospodarz musiał załatwić w Mszanie jakąś sprawę i podwiózł ich w okolice Lubomierza. Stamtąd na Jaworzynkę mieli niespełna dwieście pięćdziesiąt metrów podejścia. Dzieci zmobilizowały się. Wyglądało na to, że długi marsz im również sprawił radość. Pogoda dopisała i wszystko zakończyłoby się fajnie, gdyby nie strata zabawki.

Wchodził coraz wyżej. Wiatr się wzmagał, a mgła gęstniała z każdym krokiem. Dobrze, że poszli wczoraj. Dzisiaj nie byłoby już tak przyjemnie. Gdzie jesteś potworze? Cholera, niedługo dojdzie do tego miejsca, w którym łączą się szlaki prowadzące na Turbacz, a ten drań pewnie siedzi gdzieś pod krzakiem. Ani widu ani słychu. Szukał na ziemi i mało brakowało, a przeoczyłby zgubę. Czyjaś litościwa ręka ułożyła zabawkę w rozwidleniu drzew, na wysokości oczu. Ucieszył się, jakby znalazł kopalnię złota. Nawet bardziej. Jest na świecie radość, której nie da się kupić.

Pomyślał sobie, że musi wyglądać zabawnie, kiedy tak tryumfalnie powraca z pluszakiem w garści. Niech się śmieje potencjalny wędrowiec. Nie takie widoki można ujrzeć na trasie. Kiedyś, w masywie Magury Wątkowej, spotkał rodzinkę, która taszczyła ze sobą potężnego, ważącego kilka kilogramów misiodinozaura. Znał też człowieka samotnie przemierzającego Beskid wraz ze sporej wielkości różową panterą, przytwierdzoną do plecaka.

Schodził garbem na południowy wschód. Stare buki szumiały, a obłoki przewalały się na zachodnią stronę. Kiedy wychodził z pensjonatu, jeszcze widział koronę Tatrów. Teraz widoczność spadła do kilkuset metrów. Szkoda. Lubił patrzeć w dal, jednak nastrój chmurnego niepokoju miał w sobie coś, co nakazywało rozglądać się dookoła z dystansem, a jednocześnie z uwagą. Wyszedł z lasu na polanę. Wicher jakby nieco przycichł, choć nadal wiało mocno. Krzak dzikiej róży zakwitł. Kwiaty w jakiś nierzeczywisty sposób rysowały się na tle wielkiego głazu. Promień słońca, który przeniknął przez zasłonę chmur, wydawał się równie irracjonalny jak facet, zasuwający po szlaku z kolorowym rekwizytem pod pachą.

Drgnął.

Jego własny cień wyraźnie rysował się na chmurze. Otoczony aureolą. Cień i coś jeszcze. Obecność. Wiedział, że ktoś tu jest, chociaż oczy mówiły co innego. Dziadek? Nie, tym razem to nie był dziadek. To byli oni.

Oni.

Vlad, skoncentrowany, desperacko szukał dziadka, ale jego myśl porwana chaosem innych myśli, trzepała się rozpaczliwie, miotała jak ptak w klatce. Ogromnym wysiłkiem woli wyrwał się z tego szaleństwa, próbując powrócić do rzeczywistości. Nie miał wątpliwości, że to jeszcze nie koniec. Niektórzy przez całe życie nie zobaczyli widma, a on już po raz trzeci...

— Stój i czekaj!

Czy to sam sobie wydał taki rozkaz? Czy może ktoś kazał mu stanąć? Nieważne. Teraz już nie próbował się wyrywać. Jego umysł stanowił fragment większej całości. Po prostu wiedział, że powinien się zatrzymać. Czasem warto stanąć, choćby po to, żeby popatrzeć, uspokoić myśli. Czasem trzeba się zatrzymać, a czasem... zostajemy zatrzymani. Świat zaczyna płynąć obok. Niezależnie od wszystkiego. Wtedy można tylko patrzeć i wykorzystać okazję, aby spojrzeć oczyma duszy na wszystko, co dla wzroku ukryte.

Obrazy przesuwały się w zawrotnym tempie. Listopad. Chyba listopad. Drzewa odarte z liści, ludzkie dusze odarte z nadziei. Ucieczka. Chwila wytchnienia. Ucieczka. Bieg myśli tak szybki, że odróżnić potrafił jedynie chęć przetrwania. Znowu ucieczka... i znowu chwila wytchnienia.

Oni, nienawiść, strach.

Dziadek był jednym z nich. Nie mogli uciekać. Strzał, krew i żal. Wiedział, że dziadek zabija. Mnóstwo krwi. Widział czyjąś głowę roztrzaskaną przez pocisk. Ogień i śmierć. Bagnet po rękojeść wbity w szyję. Ciało osuwające się na ziemię. Oczy... oczy dzieci... w oczach strach. Siła spojrzenia i spokój... tak, jakby ten, co dotąd biegł na oślep, wiedział już, co ma robić.

Drgnął. Spojrzenie Mikołaja Kryło było czymś, czego się nie spodziewał. Nie dostrzegł ani postaci, ani nawet twarzy dziadka. Tylko samo spojrzenie.

Smutek.

Taki sam smutek, z jakim Kozak patrzył w ostatnich dniach życia. Do tej pory czuł, słyszał, a teraz jeszcze widział. Oczami duszy widział spojrzenie i to wszystko, co człowiek potrafi w spojrzeniu ukryć.

— Boisz się zapytać? — Bardzo chciał usłyszeć głos, ale to nie był głos. Tylko samo pytanie. Bardziej stwierdzenie niż pytanie.

— Widziałem. Wiem... boję się tego co wiem.

— Człowiek nie jest sam. Jest częścią. Ale pytać musi samego siebie.

— Ciągle pytam sam siebie... o wiele rzeczy... Coraz częściej wydaje mi się, że odpowiedź nie jest taka istotna.

— Jest bardzo istotna. Najważniejsza. Tylko, że nikt ci nie odpowie. Tylko On. Dlatego musisz sam patrzeć i szukać. I On ci wtedy odpowie.

— A ty znalazłeś? — Czuł, że rzeczywistość wraca. Miał bardzo mało czasu i miał pewność, że to ostatnia rozmowa, że Mikołaja Kryło nie usłyszy już więcej.

— Człowiek nie jest sam. Jest częścią. Tyle, że po twojej stronie tego nie widać wyraźnie. Dlatego trzeba patrzeć... szukać... chcieć...

Chwila ciszy absolutnej otoczyła kokonem głaz, krzak dzikiej róży i zasłuchanego w nierzeczywistość chłopaka.

— Gdzie jesteś? Znalazłeś? Powiedz! Błagam! — krzyczał w myślach najgłośniej jak potrafił. Dziadek odpowiedział milczeniem. Zamiast słów, poczuł spojrzenie człowieka, który siedział na ławie i nie bał się śmierci. Miał ważniejszą rzecz do zrobienia.

Vlad zrozumiał — "jednak znalazłeś..." — pomyślał i spokój ogarnął jego duszę.

Biały tuman zniknął. Słońce przebiło zasłonę chmur. Na ułamek sekundy blask rozproszył mgły. Świerki na polanie, ściana lasu, krzak dzikiej róży i kamień — wszystko przez chwilę rysowało się przed Vladem niezwykle wyraźnie, niby znaki w otwartej księdze. Tylko patrzeć i czytać. Wiedział, że odpowiedź ma przed oczami, ale mimo wszystko odczytać nie potrafił.

* * *

Michasia nie wyglądała na szczególnie zachwyconą, kiedy powiedział jej, że zamierza zejść do Łopusznej, że wróci koło dwudziestej trzeciej. Ale wiedziała — Włodek musi iść. Musi, chociaż sam nie wie po co. Przecież spojrzeniem mówili sobie więcej, niż potrafiły wyrazić słowa. Noc zapadła, kiedy dotarł do wsi. Mały kościółek. Pół tysiąca lat rozpaczy i nadziei, ludzkiego zobojętnienia i najgorętszych pragnień. Niemy świadek pustki i miłości. Świątynia powinna być zamknięta na głucho. Latarnia wypełniała całą okolicę zimnym, obcym blaskiem. Sam nie wiedział, po co przyszedł. Sam nie wiedział, dlaczego dotknął klamki. Wrota otwarły się z ledwo słyszalnym zgrzytem. To, że się otworzą, wiedział na pewno.

Siedział w półmroku blisko kwadrans. On tam był, ale Vlad, choć bardzo pragnął, nie potrafił usłyszeć Jego głosu. Wzrok przyzwyczajał się do ciemności i wyławiał kolejne detale. Franek z Asyżu patrzył dobrodusznym, lekko kpiącym spojrzeniem. To nie było miejsce, w którym miał poznać odpowiedź. Opuścił kościół. Wracał do dzieci, do Michasi. Minęła dziesiąta, powinien się pospieszyć. Zostawił za sobą ostatnie zabudowania. Czuł przestrzeń, podmuch wiatru na twarzy, wolność. W blasku zachodzącego księżyca zarysowały się Tatry. Psy gdzieś szczekały... to głośniej, to ciszej.

Teraz dopiero, pod bezkresną kopułą nieba, potrafił się modlić o spokój kozaczej duszy. Szedł przez ciemność pewnym krokiem. Dziadek nauczył go, jak poruszać się wtedy, kiedy dobry wzrok przestaje wystarczać, nauczył jak iść przed siebie, przez noc, jak być Kozakiem w świecie, w którym nie było miejsca dla Kozaków. Nie widział już nic niezwykłego w tym, że nawet po śmierci dziadek nauczył go tak wiele.

"Człowiek nie jest sam. Jest częścią."

Stawał się częścią. Wielu spraw jeszcze nie rozumiał i zdawał sobie sprawę, że wielu być może nigdy nie zrozumie... zło może tkwić w każdym... zła nie da się złem naprawić... choć niekiedy rozum podpowiada inaczej. On mówił do niego. Słyszał Jego głos.

Trochę mu tylko było żal, bo sam nie zdążył dziadkowi wspomnieć o kilku istotnych sprawach: o tym jak zielona jest trawa, o tym jak potok gada pośród skał. Nie zdążył powiedzieć, że tam wysoko może być miliard zwyczajnych gwiazd.


Koniec

Horyniec 2013

Awatar użytkownika
Lucile
Posty: 4578
Rejestracja: 23 wrz 2014, 00:12
Płeć:

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#2 Post autor: Lucile » 31 lip 2022, 11:42

Wciągają, oj wciągają opowiadane przez Ciebie historie. Czytam zawsze z dreszczykiem emocji, pogłębionej refleksji, z aurą smutku i chęci zrozumienia postaw i zachowań Twoich bohaterów. Dogłębnie naświetlasz ich poczynania, przemyślenia, reakcje. Taka pogłębiona analiza niełatwych, zagmatwanych historii pogranicza bardzo do mnie przemawia.
Doceniam Twoją pracę, Szczepanie, a także kunszt słowa.
Szczególnie teraz, kiedy za miedzą wojna, która - niestety! - "codziennieje".
Non quivis, qui vestem gestat tigridis, audax


[email protected]

szczepantrzeszcz
Posty: 554
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#3 Post autor: szczepantrzeszcz » 02 sie 2022, 21:49

Wojna codziennieje, Chińczyki coraz bardziej zajadłe, Szczepan zaniepokojony.

Nie pocieszę Cię, jeżeli powiem, że dla nas codziennienie wojny przechodzi w obojętność. Tylko w obojętność. Gorzej, kiedy wojna zcodziennieje dla tych, których wojna otacza. Zarażeni wojną płaczą, jak Mikołaj Kryło, kiedy koniec drogi blisko.
Ostatnio zmieniony 03 sie 2022, 21:39 przez szczepantrzeszcz, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
eka
Posty: 15185
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#4 Post autor: eka » 03 sie 2022, 16:59

Szacun pełen, poziom druku w najlepszym wydawnictwie. Kompozycja, wątki ściągane w jeden węzeł. Mega!
Tak, zła złem się nie wyleczy.

:rosa:

Dwa razy oglądałam swój cień w chmurze, niesamowite doznanie : )

szczepantrzeszcz
Posty: 554
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#5 Post autor: szczepantrzeszcz » 03 sie 2022, 21:40

eka pisze:
03 sie 2022, 16:59
Dwa razy oglądałam swój cień w chmurze, niesamowite doznanie : )
Jeżeli wierzyć legendom, warto zobaczyć po raz trzeci.

Lucyna, Eka, dzięki za wizytę i miłe słowo.

Awatar użytkownika
eka
Posty: 15185
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#6 Post autor: eka » 06 sie 2022, 09:25

O, mnóstwo myśli we mnie. Wróciłam. I kolejne pytania, na które nie znajdzie się odpowiedzi.
Pamiętam sztachetowy płot i stojącego za nim wysokiego starca w jakiejś beskidzkiej wiosce. Ciemne oczy, obfity, siwy zarost, chyba wyzwiska rzucane w naszą stronę. W sklepie powiedziano nam, że to Ukrainiec, i że lepiej nie podchodzić za blisko. Miałam może z 14 lat. Strasznie mnie zaintrygował. Niestety, byłam na wędrownym obozie. Poszliśmy dalej.
Ale pamiętam złowrogość jego oczu. Niezgodę.

szczepantrzeszcz
Posty: 554
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#7 Post autor: szczepantrzeszcz » 06 sie 2022, 10:36

eka pisze:
06 sie 2022, 09:25
Pamiętam sztachetowy płot i stojącego za nim wysokiego starca w jakiejś beskidzkiej wiosce. Ciemne oczy, obfity, siwy zarost, chyba wyzwiska rzucane w naszą stronę. W sklepie powiedziano nam, że to Ukrainiec, i że lepiej nie podchodzić za blisko. Miałam może z 14 lat. Strasznie mnie zaintrygował. Niestety, byłam na wędrownym obozie. Poszliśmy dalej.
Ale pamiętam złowrogość jego oczu. Niezgodę.
Ja też mam taki obrazek przed oczami (początek lat osiemdziesiątych). Tę samą złowrogość oczu widziałem pośród rodaków, którzy doznali niewyobrażalnych krzywd od Niemców, Ukraińców i innych nacji. Dokumentów, historycznych żródeł mało, więc pozostają takie właśnie wspomnienia. Dobrze, że napisałaś. Skrzywdzonych przez sowietów, zesłanych, albo zakatowanych bo sąsiad zadenuncjował, raczej nie oglądaliśmy pośród żywych a i zgłębianie tematu, nawet dzisiaj, wymaga samozaparcia, wymaga odwagi. Na własny użytek aproksymuję ludzkie postawy, zakładając, że człowiek, jak świat długi i szeroki, jest podobny i zmienia się bardzo, bardzo powoli. Myślę, że złowrogość spojrzeń jest uniwersalna. Gdyby dobrze popatrzeć w oczy stojących za płotami w wioskach byłej Jugosławi, możnaby ujrzeć złowrogość jeszcze większego kalibru, złowrogość świeżą.

Złowrogość w oczach przesłania obraz i temu, który złowrogo patrzy, i temu, który złowrogość dostrzega. Wydaje mi się, że sztuką jest dostrzegać w takim człowieku coś innego, bo przecież coś być musi... Wiele lat temu Szczepan spoglądał i dostrzec nie potrafił. Dlatego dzisiaj o miłości polsko-ukraińskiej pisze tak, jak pisze, bo przecież coś być musi, do cholery, za zakrętem.

Awatar użytkownika
eka
Posty: 15185
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#8 Post autor: eka » 06 sie 2022, 20:08

szczepantrzeszcz pisze:
06 sie 2022, 10:36
człowiek, jak świat długi i szeroki, jest podobny i zmienia się bardzo, bardzo powoli.
Pewnie, że tak. I zmienia się pod wpływem. Sam z siebie raczej nie. Narracje są przyczyną wojen, w tym światopoglądowych. A pod nimi wiadomo... przede wszystkim chęć bogacenia się
Idealna byłaby pandemia totalnego pacyfizmu, nieśmiertelny wirus tak zaraźliwy, że 100% ludzkości aktualnej (i każdej przyszłej) żyłaby z nim w symbiozie do końca. Mrzonka o wyeliminowaniu agresji.

szczepantrzeszcz pisze:
06 sie 2022, 10:36
Wydaje mi się, że sztuką jest dostrzegać w takim człowieku coś innego, bo przecież coś być musi...
I to jest zadanie tych, którzy czują więcej.

:kofe:

Awatar użytkownika
lczerwosz
Admin
Posty: 9245
Rejestracja: 31 paź 2011, 22:51

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#9 Post autor: lczerwosz » 10 sie 2022, 13:47

szczepantrzeszcz pisze:
06 sie 2022, 10:36
Dlatego dzisiaj o miłości polsko-ukraińskiej pisze tak, jak pisze, bo przecież coś być musi, do cholery, za zakrętem.
Ktoś napisał, że zła złem się nie wyruguje, a miłością? Truizm.

szczepantrzeszcz
Posty: 554
Rejestracja: 28 lis 2016, 22:03

Opowiadania beskidzkie. Widmo Brockenu. [+16]

#10 Post autor: szczepantrzeszcz » 11 sie 2022, 09:53

eka pisze:
06 sie 2022, 20:08
Idealna byłaby pandemia totalnego pacyfizmu, nieśmiertelny wirus tak zaraźliwy, że 100% ludzkości aktualnej (i każdej przyszłej) żyłaby z nim w symbiozie do końca. Mrzonka o wyeliminowaniu agresji.
Taką koncepcję rozwinął Stanisław Lem w jednym z opowiadań o Ionie Tichym. Niestety, nie znajdziesz tego tekstu w "Dziennikach gwiazdowych".

Szczepan dziękuje Leszkowi za wizytę.
lczerwosz pisze:
10 sie 2022, 13:47
Ktoś napisał, że zła złem się nie wyruguje, a miłością? Truizm.
Jeżeli przyjąć za punkt wyjścia Mądrą Książkę, tak, to jest truizm. W konfrontacji z życiem ów truizm okazuje się być wyzwaniem, któremu są w stanie podołać nieliczni, niekiedy nawet za cenę odrzucenia czy pogardy. Być może dlatego, że łatwiej zapomnieć o ofiarach i z serca przebaczyć, niż z serca przebaczyć, a o ofiarach pamiętać.

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”