• Nasze rekomendacje
  •  
    CO WARTO PRZECZYTAĆ W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI?
    Dziś Lucile poleca wiersz Alka Osińskiego
    pt. "Neologizmy"
    Dodatkowo Gloinnen poleca opowiadanie szczepantrzeszcza
    pt. Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska

    ZAPRASZAMY DO LEKTURY




    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
     

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska - Opowiadania beskidzkie

Opowieści pisane prozą - nie powieści

Moderatorzy: Gorgiasz, Lucile

ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
szczepantrzeszcz
Posty: 367
Rejestracja: pn lis 28, 2016 10:03 pm

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska - Opowiadania beskidzkie

#1 Post autor: szczepantrzeszcz » sob cze 01, 2019 7:54 pm


Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska
Pogórze Dynowskie, wrzesień 1994

Wysiadł z rozklekotanego Żuka przy drodze odchodzącej na Samoklęski. Cholera, do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja. Dziesięć lat temu wszystko, wyposażone w cztery koła i pędzące z prędkością większą niż dwa kilometry na godzinę, nie wzbudzało zastrzeżeń. Taka niespieszna podróż była fajna, bo pozwalała zobaczyć więcej. Dzisiaj, pierwsze, co zauważył, to komfort jazdy. Przedpotopowy pojazd rzęził, dymił i trząsł.

Pal licho! Przedpotopowy pojazd podwiózł gdzie trzeba i stanowiło to okoliczność sprzyjającą spoglądaniu na świat okiem człowieka zadowolonego, takiego, który nie musi ciągle spoglądać na świat okiem Poety.

Ostatnio zbyt często spoglądał okiem Poety. Tak jakoś samo wychodziło. Gorączkowy brak przygotowań do poprawkowego egzaminu z nieszczęsnej filozofii skłaniał do ponurych myśli i w konsekwencji do częstego spoglądania okiem Poety. Czuł w sobie gorzki przymus, a gorycz powiększał fakt, że przecież już kiedyś egzamin z filozofii zdał (na cztery i pół), a potem dwa (niepełne) semestry pogłębiał wiedzę na kierunku, który nazywał się filozofia. Gdyby ruszył dupę i załatwił papiery, w ogóle nie musiałby tego cholerstwa zdawać. Ale nie załatwił. Za to wreszcie wszedł na Krywań — świętą górę bratniego słowackiego narodu.

— Jakbym wiedział, że będę mieć tyle kłopotów...

— Jakbyś wiedział, to pewnie też byś papierów nie załatwił tylko pojechał w Tatry. — Echo, wyczulone na myśl Poety odezwało się ni z tego ni z owego.

— I wszedł na Krywań — dodał, spodziewając się, że echo coś jeszcze wniesie do dyskusji, ale echo umilkło.

Do częstego spoglądania okiem Poety skłaniał również przebieg wydarzeń w miejscu, gdzie Poeta zarabiał na życie. Laxopol z małego rodzinnego przedsiębiorstwa rozrastał się w sporą firmę. Procesu nie były w stanie powstrzymać ani wiecznotrwałe trudności gospodarcze, ani to, że pan Jacek — prezes, pieszczotliwie nazywany przez podwładnych "Funio", nie ogarniał przedsięwzięcia, które z takim zapałem rozwijał.

Poeta lubił wiedzieć, z kim ma do czynienia. Duża liczba nowych twarzy, które co i rusz pojawiały się w Laxopolu, po prostu wymuszała spoglądanie okiem Poety. Ot, na przykład Igor Ferczak. Ewenement na skalę światową. Człowiek kilka lat temu skończył prawo i nie pozwolił, aby jego mózg wyprano z ludzkich uczuć. Przypadek nieczęsto spotykany. Niedoszły prokurator, nadal patrzył na bliźniego, jak na istotę ludzką, nie zastanawiając się, jaki paragraf i za co. Oprócz tego gość uwielbiał Tuwima i Leśmiana. Jego koledzy z prokuratury na każdą sytuację potrafili znaleźć odpowiedni paragraf. On na każdą sytuację potrafił znaleźć odpowiedni cytat. "Na Leśmiana" poderwał również koleżankę z roku (z roku Poety) i podejrzanie szybko stanął na ślubnym kobiercu. Teraz Poeta z rozbawieniem obserwował, jak rozrywkowy wesołek zamienia się w pantoflarza, w dalszym ciągu usiłując być rozrywkowym wesołkiem. No cóż, instytucja małżeństwa jest trudna, niewdzięczna, ale również bardzo fajna, jeżeli obserwować ją z zewnątrz.

Albo Tadeusz Klęczak zwany Brysiem. Za nim akurat Poeta nie przepadał, jednak młody gniewny szef biura projektowego należał do ludzi, dzięki którym rozkręcany bez ładu i składu interes jakoś się trzymał. Brysio srał wyżej, niż dupę nosił, ale był przy tym piekielnie dowcipny i co ważniejsze prezentował ten charakterystyczny rodzaj humoru, który jedynie miłośnicy Latającego Cyrku Monty Pythona są w stanie zrozumieć. Poeta kochał Latający Cyrk Monty Pythona, dlatego akceptacja Brysia przychodziła mu trochę łatwiej niż innym.

Równie ciekawie prezentowało się trzech współwłaścicieli Laxopolu. Groźny i niedostępny Waldemar Lakszmidt, eks-wojskowy, swego czasu wysoko postawiona szycha Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, był powszechnie uważany za tego, który stworzył solidne podstawy firmy. Nawyki wyniesione z czasów pracy w egzekutywie sprawiały, że zawsze rządził z drugiego szeregu. Oficjalnie firmie szefował Jacek Tarnawa-Ksorek, przyjaźnie nastawiony do ludzi kombinator, który każde świństwo, jakie popełnił, umiał gładko uzasadnić i natychmiast przekonać rozmówcę o "stanie wyższej konieczności". Pan Jacek Tarnawa-Ksorek nigdy nie używał słowa "spierdalaj", jednak Poeta był głęboko przekonany, że gdyby usłyszał od szefa słowo "spierdalaj", poczułby jedynie ekscytację przed nadchodzącą podróżą.

Zarówno Lakszmidt jak i Ksorek pochodzili z Kieleckiego. Chociaż pracownicy Laxopolu wiedzieli o nich dużo, informacje nie były zbyt pewne, często wręcz sprzeczne. W czasie licznych spotkań przy piwie ci bardziej wtajemniczeni opowiadali, że panowie poznali się w czasie służby w Czwartej Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej Imienia Jana Kilińskiego. Konkretnie rzecz ujmując wyrzucony ze studiów młody Jacek Ksorek trafił do kompanii dowodzonej przez sztywnego jak pal Azji Tuchajbejowicza, wiecznie niezadowolonego i wymagającego Lakszmidta. Rok później, w ramach operacji Dunaj, i dowódca, i podwładny z nietęgimi minami wylądowali w Czechosłowacji. W wyniku kilku wydarzeń o charakterze dramatyczno-humorystycznym, zawiązała się pomiędzy krajanami szorstka żołnierska przyjaźń.

Bratnia pomoc, którą za pośrednictwem polskich żołnierzy niosły czołgi krajów demokracji ludowej miała wiele aspektów. W jakimś niewielkim miasteczku, gdzieś pomiędzy Hradec Kralove a Pragą, pojawił się (w ramach owych aspektów) trzeci ze współwłaścicieli — inżynier budownictwa Waclav Polaczek. Chłopisko prawie dwumetrowe, prażanin z przekonania, amator gitary oraz instruktor judo w jednej osobie. Rosły Czech wkroczył, a w zasadzie wtargnął, na teren polskiej jednostki powodowany szczerą chęcią uduszenia niższego o półtorej głowy Jacka Ksorka. Za sprawą koncyliacyjnej ale stanowczej postawy Lakszmidta konflikt szybko przekształcił się w negocjacje zakończone tęgą popijawą. Wacka ledwo udało się odratować. Był to początek przyjaźni, trwającej do dnia dzisiejszego.

W roku osiemdziesiątym dziewiątym na bazie funduszy, które w niezbyt jasnych okolicznościach znalazły się w rękach Lakszmidta, panowie utworzyli przedsiębiorstwo, początkowo o charakterze handlowym, a potem handlowo-budowlanym. Dwa lata później, po kolejnej restrukturyzacji i zmianie nazwiska przez Jacka Ksorka na lepiej brzmiące "Tarnawa-Ksorek", skrócono nazwę firmy. Zamiast oczywistego, jednak nieco przydługiego Lakszmidt-Ksorek-Polaczek wprowadzono tajemnicze i bardzo enigmatyczne "Laxopol". Wprawdzie Waldemar Lakszmidt mocno się zżymał, kiedy mu powiedziano, że "laxation" znaczy po angielsku kolokwialnie mówiąc "sraczka", jednak zdobyli na rynku sporą renomę i kolejną zmianę nazwy uznano jako mało zasadną. Firma się rozrastała, ludzi przybywało.

Swoją drogą historia o tym, jak Funio zmieniał nazwisko, należała do najzabawniejszych, a opowiadana przez Igora mogła pretendować do kabaretowego skeczu wysokiej próby. Wkrótce po rozwiązaniu PZPR prezes zaczął dostrzegać aurę, jaka widnieje nad głowami lepiej urodzonych. Wynajął specjalistyczną firmę, poszukującą korzeni i praprzodków. Po wniesieniu odpowiednio wysokiej opłaty, firma była w stanie udowodnić nawet to, że klient pochodzi w prostej linii od jednej z myszy, które zżarły wrednego króla Popiela. Mocno dopingowany przez żonę Helenę, która zachowała nazwisko Polaczek, Jacek Ksorek odkrył swoje powiązania z rodziną Malczewskich z Malczewa herbu Tarnawa. Kiedy mu powiedziano, że z tej gałęzi Malczewskich pochodził słynny malarz-symbolista, rozkwitł niczym kwiat paproci w noc świętojańską i kilka tygodni później zarówno pani Helena jak i pan Jacek szczycili się nazwiskiem brzmiącym bardziej nobliwie. Humor szybko popsuła Funiowi zawistna, z dziada-pradziada mieszkająca w Kielcach rodzina. Kiedy okazało się, że wielki krewniak przyszedł na świat w Radomiu, drwinom nie było końca. Świeżo upieczony warszawiak zły, jak osa, machnął ręką i zerwał niemal wszystkie rodzinne kontakty.

Poeta, spoglądając na szefa okiem Poety, nie miał wątpliwości, że jego przełożony ma z arystokratą tyle wspólnego, co on sam z koniem Dżyngis-chana, ale nie powiedział tego głośno, nawet kumplom przy piwie. Miał swoje powody. Spojrzenie Poety nijak nie uwzględniało koligacji oraz genealogii. Spojrzenie Poety wychwytywało jedynie arystokratów ducha — osoby posiadające rzadko spotykane a przydatne dla ogółu cechy i działające z pożytkiem dla owego ogółu. Pan Jacek Tarnawa-Ksorek do arystokratów ducha nie należał.

O projektantce instalacji sanitarnych Magdalenie Milczenko niewiele mógł powiedzieć, chociaż okiem Poety spoglądał na nią co jakiś czas. Po prostu oko Poety słabo zdawało egzamin, kiedy spoglądał na Magdalenę Milczenko. Swój nieco ambiwalentny stosunek do koleżanki z pracy określał jako umiarkowany entuzjazm. Baba była zdecydowanie starsza od nich wszystkich i choć natura nie poskąpiła jej urody, na układ hormonalny Poety działała w znikomym stopniu. Brak miłości od pierwszego wejrzenia chłopak uzasadniał wcale nie tym, że temperamentna stara panna lubiła w równym stopniu smukłych wrażliwych facetów jak i młode panienki, ale tym, że ze swoimi upodobaniami obnosiła się z ostentacyjną swobodą. Ostentacyjna swoboda miała na celu sugerować arystokratyczne pochodzenie panny Magdaleny Milczenko herbu Srebrna Pilawa. Wbrew zamierzeniom, ostentacyjna swoboda skutkowała jedynie konsternacją i pikantnymi żartami. Nikt Madzi nie powiedział, że ostentacyjna swoboda arystokratycznego pochodzenia nie sugeruje. Arystokratyczne pochodzenie Magdaleny Milczenko, arystokratyczne ponad wszelką wątpliwość, Poeta był w stanie dostrzec jedynie okiem Poety, ale mimo wszystko świadomość obcowania z reprezentantką błękitnokrwistej części populacji nie była w stanie zmienić umiarkowanego entuzjazmu w entuzjazm pełny. Chociaż z drugiej strony... pierwszy raz spotkał kobietę (mimo wszystko myślał o niej, jak o kobiecie), która potrafiła sporządzić świetny projekt i która równie dobrze potrafiła sobie poradzić z cieknącym zaworem czy pękniętą rurą.

Tak, ludzie byli bardzo różni. Na tym polegał niekwestionowany urok życia. Ciemniejsza strona życia, również brała się z tego, że ludzie byli bardzo różni. Każdy, jeżeli spoglądać na pojedynczą osobę, budził w Poecie zarówno ciekawość, jak i przyjazne uczucia. Co innego, kiedy spoglądał na zbiorowość. Pieniądze jako jedyny wyznacznik wartości, kłamstwo całkowicie usprawiedliwione, kiedy prowadzi do celu, pogarda, w najlepszym przypadku chłodna obojętność, dla spraw i rzeczy, które nie są przydatne tu i teraz. A przede wszystkim rywalizacja. Bezwzględna i przy każdej okazji. Najbardziej jednak przeszkadzało to, co na własny użytek określał mianem "stan nierównowagi dynamicznej". Zdawał sobie sprawę, że większość mózgów (z jego własnym włącznie), mózgów napakowanych mieszaniną jedynie słusznych, często sprzecznych, ideologii, może w krytycznej chwili odmówić posłuszeństwa. Głęboka a bolesna świadomość takiego stanu rzeczy brutalnie mąciła bezmyślną pogodę ducha, czyli nastrój, który najbardziej odpowiadał Poecie.

Człowieczeństwo i zezwierzęcenie od zawsze oddzielała cienka czerwona linia, jednak ostatnia dekada... Czasami żałował, że nie przyszło mu żyć sto lat wcześniej. Był głęboko przekonany, że w drugiej połowie dziewiętnastego stulecia panował bardziej zrównoważony stan nierównowagi dynamicznej. Był również przekonany, że on, Poeta, w wieku pary i normalności potrafiłby znaleźć lepsze miejsce do życia. Życie pod koniec wieku dwudziestego przypominało pijany sen chorego idioty.

Ale życie, niezależnie od tego, w jakich czasach żyć przyszło, miało swoje dobre strony. Wystarczyło właściwie i w dobrym kierunku popatrzeć a potem ruszyć przed siebie. Poeta spojrzał na Pasmo Magurskie, dostojnie milczące w słońcu kończącego się lata, po czym ruszył przed siebie.

* * *

— Dokąd zmierzam? — zapytał, chociaż nie spodziewał się odpowiedzi.

— Wszystkie drogi prowadzą do źródła — odpowiedziało echo.

— Wszystkie drogi prowadzą do knajpy — skorygował to, co usłyszał.

— To zależy, w którym momencie poddajemy się znużeniu — echo nie dawało za wygraną. — Wszystkie drogi prowadzą do źródła.

— Knajpa też może być źródłem. — Tym razem w jego głosie zabrzmiało głębokie wewnętrzne przekonanie. Kilka godzin wcześniej łaził po pewnym podbeskidzkim miasteczku, pytał ludzi o różne sprawy i niczego się nie dowiedział, a w miejscu, które śmiało można uznać za knajpę, dowiedział się całkiem sporo.

— Knajpy od zawsze są przystankami na drodze do źródła... źródła... źródła.

Echo umilkło, gotowe podjąć dyskusję, jednak Poeta doszedł do miejsca, które do dyskusji, zwłaszcza do dyskusji zawierających element transcendencji, jakoś nie zachęcało.

Czarna figura wyglądała tak samo, jak przed trzema miesiącami. Jan Nepomucen z palcem na ustach spoglądał dobrodusznie. Gdzieś za drzewami toczył się skrzypiący, stary wóz. Odniósł wrażenie, że święty nie tyle przypomina o tajemnicy spowiedzi, co sugeruje, aby w obliczu spraw ważniejszych niż codzienność wyciszyć burzę myśli. Poeta wyciszył burzę myśli. Chociaż korciło, nie zamierzał spoglądać dokładniej. Odkąd sięgał pamięcią, zdrowy rozsądek nie zawsze towarzyszył jego poczynaniom, instynkt samozachowawczy — zawsze. Spoglądanie okiem Poety było ostatnią rzeczą, którą, stojąc pod Czarną figurą, byłby skłonny uczynić, jednak ze zdziwieniem stwierdził, że już po raz któryś tego dnia, spojrzenie Poety usiłuje się włączyć samoczynnie.

Od czasu do czasu spojrzenie Poety włączało się samoczynnie, a on nie potrafił dostrzec reguł, które by owym zjawiskiem rządziły. Może reguły były zbyt oczywiste? A może Miejsce miało takie, a nie inne właściwości? Niemałym wysiłkiem stłumił chęć spoglądania okiem Poety. Czuł przez skórę, że Miejsce buzuje jak cholera, że nie jest bezpiecznie. Co gorsza spojrzenie, które musiał trzymać w ryzach, było z gatunku tych niezdrowych. Po prostu było to spojrzenie bardzo dokładne, z maksymalną rozdzielczością. Takie, którym można wiele (niekiedy zbyt wiele) zobaczyć.

Spokojnie. Jego myśli, chwilę wcześniej wyciszone, znowu szarpały duszą, niczym spłoszone konie. Nie tutaj. Nie teraz. Obecność Miejsca dawała się mocno we znaki. Turkot kół po kamienistym gruncie i skrzypienie wozu budziło dziwne przygnębienie. Czuł każdą chwilę, która za poprzednią chwilą upłynęła. Czuł, jak balansuje na krawędzi.

Czuł czas.

Smród uderzył w nozdrza niespodziewanie. I nie był to wcale smród zgniłych kartofli. Cuchnęło wymiocinami, kałem, a przede wszystkim cuchnęło śmiercią. Paskudną, powolną śmiercią. Do turkotu i skrzypienia dołączył kolejny dźwięk. W czerwcu, również słyszał to samo. Coś jakby szloch małego dziecka... a może dwójki dzieci. Odruchowo obejrzał się za siebie, tak jak wszyscy, którzy weszli tam, gdzie wejść nie chcieli i potem szukają wyjścia. Wkurzony ponownie wyłączył spojrzenie Poety, jednak fetor zamiast zniknąć, stał się jeszcze bardziej natarczywy.

Kurwa!

Teraz już był niemal pewien, że znowu trafił nie do tej rzeczywistości, co potrzeba. Nie pierwszy to raz, ale dlaczego akurat dzisiaj? Wiedźma, która mieszkała w chyży nad Negrylowem, nauczyła go mniej więcej, jak się zachować w podobnych przypadkach i wytłumaczyła, że sytuacja sama w sobie nie jest groźna. Podobno groźne było tylko to, co w wyniku eskapady mogło pozostać w duszy Poety. Takie ryzyko akceptował. Doskonale zdawał sobie sprawę, że może wyłącznie obserwować. Próba ingerencji, a nawet myśl o ingerencji, natychmiast wepchnie go z powrotem w ciasne ramki jego własnej, jedynie słusznej rzeczywistości. Proste, jak budowa cepa. Największy problem stanowiły myśli Poety, które w innych rzeczywistościach jakoś nie chciały słuchać mózgu Poety i często pędziły własnym torem. Szalone, nie do zatrzymania.

Zawsze w podobnych sytuacjach czuł się niczym profan stojący nad ogromnym, niewyobrażalnie starym rękopisem. I jeszcze głębokie przekonanie, że dotknięcie manuskryptu może wywołać nieodwracalne skutki... Ani myślał ingerować w cokolwiek. Takie podejście do problemu Wiedźma określała jako słuszne oraz zdrowe, jednak nie nauczyła go, jak z własnej woli, szybko a niepostrzeżenie, opuścić śmierdzący i skrzypiący świat. Wariujące rzeczywistości zdawały się nie uwzględniać faktu, że pojutrze miał w firmie odbiór instalki na szesnastym piętrze, a potem ważne spotkanie.

Kurwa!

Echa nie było i ów drobiazg stanowił kolejny dowód, że znajduje się nie tam, gdzie trzeba. Ale czy na pewno? Nieodległą szosą przejechał samochód, potem drugi. Trochę dziwne, że nie słyszał odgłosów poruszających się maszyn, natomiast do skrzypienia wozu i do płaczu, teraz już był pewien, że w pobliżu łka kilkuletni brzdąc, dołączył się szum deszczu, a po chwili odgłosy cichej rozmowy. Gorączkowo szukał źródła dźwięku.

Mocne wrześniowe słońce oświetlało stoki Magury Wątkowskiej. Na ciężkim zielonym dywanie lasu tu i ówdzie jesień malowała pierwsze złote plamy. Niezbyt urodziwe, do bólu współczesne, domki fajnie rysowały się na tle wzniesień Pogórza. Samolot płynął dziesięć kilometrów powyżej i znaczył swoją drogę śladem prostym jak strzała. Rzeczywistość wyglądała swojsko, jednak to, co było widać, ewidentnie kłóciło się z tym, co było słychać i czuć.

Śmierdziało potwornie. Kiedy płacz dziecka przeszedł w najbardziej żałosny skowyt, jaki w swoim trzydziestoletnim życiu słyszał, dał za wygraną i popatrzył okiem Poety.


Padał deszcz. Tu i ówdzie szarzały kupki starego śniegu. Na bezlistnych gałęziach wiatr wygrywał smętne melodie, które tylko w czas głodnego przednówka usłyszeć można. Kamienny, błotnisty trakt niknął pomiędzy ciężką mgłą a domami pokrytymi słomą. Odgłos kół obijał się o poczerniałe ściany, do zamkniętych drzwi łomotał, jakby przypominając o chwili, którą odwlec się pragnie, a która nadejść musi.

Nieduża dwukółka, będąca źródłem owego niepokojącego dźwięku, toczyła się powoli. Z przodu szedł rosły człowiek w wysokich butach. Okryty opończą z kapturem, prowadził za uzdę wychudzoną kobyłę. Za biedką człapał mniejszy, odziany znacznie skromniej, chyba zbyt skromnie jak na tę porę roku. Rozmawiali ze sobą półsłowami. Poeta nie był w stanie zrozumieć tego, co mówili. Być może chodziło, aby trochę ulżyć szkapie, bo mniejszy się sprężył i pchał pojazd przez chwilę. Ładunek, choć objętościowo niewielki, musiał ważyć sporo. Koń ciągnął z trudem, raz po raz przynaglany groźnymi pomrukami większego.

Poeta popatrzył na zawartości wozu. Gdy koła trafiały na nierówności gruntu, cztery, zawinięte w brudne szmaty, spore pakunki kolebały się rytmicznie. Przez chwilę nie wiedział, dlaczego ta scena budzi w nim grozę, ale kiedy pomiędzy gałganami zauważył siną rękę, kiedy pomarszczona brudna noga wysunęła się spomiędzy szmat, już wiedział.

Cmentarze cholerne były w pobliżu.

Turkot kół ucichł. Pojazd zatrzymał się przed najbliższą chatą. To właśnie na progu tego domu stał odziany w brudne łachmany chłopczyk i ubrana równie nędznie, starsza kilka lat dziewczynka. Pod nogami dzieci, zawinięte w szmaty, leżały dwie kolejne ofiary zarazy: dorosły człowiek oraz, sądząc po rozmiarach, roczne bądź dwuletnie dziecko. Chociaż malec, stojący na progu, płakał, w zasadzie wył bardzo cicho, jego głos wbijał się rozpalonym do białości gwoździem w duszę obserwatora. Łzy spływały bezgłośnie po twarzy dziewczynki, zapewne siostry, ramiona drgały jak w febrze.

— Rusz zadem gamoniu. — Prowadzący konia odwrócił się do człowieka, który szedł za wozem. — Na żarcie zarobić trza.

Nazwany gamoniem jedną ręką złapał zwłoki dzieciaka i wrzucił na biedkę. Na jego twarzy nie dało się dostrzec żadnych emocji. Chwilę później, nie bez wysiłku, podniósł większe zwłoki i złorzecząc na cały świat, umieścił na wozie. Teraz już z gardeł obu dzieciaków wydobył się na poły ludzki na poły zwierzęcy skowyt. Dziewczynka uczyniła krok do przodu, jakby chcąc towarzyszyć zmarłej osobie w ostatniej drodze, ale groźne warknięcie kierującego akcją zatrzymało ją na miejscu.



Wiedział, że może jedynie patrzeć, ale nie mógł patrzeć. Od dłuższego czasu szamotał się myślą, desperacko a bezskutecznie, chcąc wrócić tam, skąd przybył. Dopiero kiedy dał za wygraną, w oczy uderzył go słoneczny blask, a wiatr od Magury przyniósł cudowny zapach, jakim lato dobiega końca. Ciężko opadł na ziemię. Dzięki swoim dziwnym zdolnościom już kilka razy miał okazję oglądać ponure obrazy ponurej przeszłości, ale równie traumatycznej sceny jeszcze nie widział. Przez następne kilka minut rozglądał się, dochodząc do wniosku, że jednak przyszło mu żyć w najpiękniejszych czasach, jakie bogatą wyobraźnią był sobie w stanie wyobrazić.

* * *

— Dobrze się czujesz? — Za plecami usłyszał charakterystyczne nosowe zaciąganie.

Rzeczywistość jeszcze nie do końca wróciła w swoje koleiny, ale smród zgniłych kartofli w porównaniu z odorem rozpaczy i śmierci nie przeszkadzał zupełnie.

— Dawno się tak kiepsko nie czułem. — Poeta nawet nie zadał sobie trudu, by spojrzeć w stronę pytającego. Wstał ciężko, jakby mu lat przybyło. Zbierając siły, spoglądał w niebo.

— W sumie to dobrze.

Pokraka wygramoliła się z krzaków, starannie otrzepała futro z kurzu i usiadła naprzeciwko. Mętnym wzrokiem spojrzała na chłopaka.

— Cieszysz się z mojego kiepskiego samopoczucia? — Chociaż był zadowolony, że może pogadać z kimś znajomym, po prostu pogadać, jego głos zabrzmiał lekkim wyrzutem.

— Nie cieszę, ale teraz ludzie, nawet jak się czują bardzo źle, to zawsze odpowiadają, że czują się świetnie. Jeżeli czujesz się źle i mówisz, że czujesz się źle, to w sumie dobrze, że ktoś jeden nazywa rzeczy po imieniu. Zawsze to już coś, no nie?

— Ostatecznie mówią na mnie Poeta. Tak à propos nazywania rzeczy po imieniu — w końcu udało mu się oderwać wzrok od horyzontu — jak ty się właściwie nazywasz?

— Formalnie rzecz ujmując — czad zrobił bardzo mądrą minę — nazywam się Matwiej Kierdzioła, ale od niedawna, od jakichś dwudziestu pięciu lat, wszyscy wołają na mnie Rumcajs.

— Nawet pasuje?

— Wiem, że pasuje. Jeden dzieciak opowiedział mi dlaczego wołają, a potem pokazał w takim śmiesznym szklanym pudełku coś, co się brąbramocka nazywa. Tam, w tym pudełku, był ten cały wasz Rumcajs. Fajny gość, co nie?

— Fajny. — Poeta nie był pewien, czy oglądanie telewizji jest dla czada bezpieczne, ale ostatecznie dobranocka o Rumcajsie nie poruszała istotnych kwestii w sposób wywracający sprawy na drugą stronę. Dobro było dobre, a zło było złe. Na wszelki wypadek zachował wątpliwości dla siebie.

— Świata ten Rumcajs nie zawojował — brąbramocka najwyraźniej zapadła w czadową pamięć — ale temu dopomógł, tamtemu dopomógł. Zawsze to już coś, no nie?

— Zawsze to już coś.

— A ty? Czego taki markotny?

— Czuję się kiepsko, bo znowu spojrzałem nie tak, jak trzeba i zobaczyłem coś, czego wcale nie chciałem zobaczyć. — Zamiast wziąć przykład ze stwora i kulturalnie usiąść do dyskusji, stał i dalej gapił się w dal, w stronę Magury.

— Wiem. Złe miejsce znowu wysiorbaczyło. Niedobry znak. Bardzo niedobry.

— Co to znaczy "wysiorbaczyło"?

— Ty byś powiedział, że znowu zaczęło pokazywać. Więcej i częściej.

— To prawda. Chadzałem tędy co jakiś czas i już wiele lat temu poczułem, że coś nie tak. Coś, jakby to powiedzieć... ciężkiego i takiego, że lepiej trzymać się z daleka, przeszkadzało, ale nigdy niczego nie zobaczyłem. Dopiero w zeszłym roku.

Opowiedział, ze szczegółami ponurą historię ojca i syna w jednej pannie zakochanych. Czad pokiwał głowotułowiem. Gest powinien wyglądać zabawnie, ale Poecie jakoś nie było do śmiechu.

— To się przydarzyło sto lat temu. Wiesz, oni tylko we dwóch na tym świecie żyli, bo inne dzieci poumierały a matka za drugim chłopem, za jakimś artystą poszła precz. Byli nie tylko jak ojciec i syn, ale jak para najlepszych druhów. I kiedy to się stało, kiedy ten ojciec zabił swojego syna, to jakby sam umarł. Żyć już dalej nie chciał. Ja nawet nie wiedziałem, co myśleć. I do dzisiaj nie wiem.

— Minuta ciszy po umarłych czasem do późnej nocy trwa. — Pod wpływem kolegi z pracy, niejakiego Igora Ferczaka, Poeta również zaczął komentować rzeczywistość słowami zaczerpniętymi z poezji mistrzów.

— Jestem naocznym świadkiem lotu chmur i ptaków, słyszę, jak trawa rośnie — zaciągnął stwór — ale przez kilka setek lat naoglądałem się takich rzeczy, że czasem nawet w chmurach i ptakach nie widziałem tej radości, jaka im przeznaczona.

Chłopak, mocno zaskoczony, spojrzał na rozmówcę, jakby pierwszy raz takie cudo zobaczył. Wprawdzie czad był zjawiskiem, które już od dawna nie budziło w nim zdumienia, jednak czad cytujący Wisławę Szymborską zdumienie budził.

— Przed laty chodził po górach taki chłopak z gitarą. — Widząc osłupienie człowieka, stwór pospieszył z wyjaśnieniem. — Wojtek mu było. On mi opowiadał, co to jest ta wasza pozja czy pazeja. Same głupoty gadał. Nic nie rozumiałem, kiedy mówił, na czym pazeja polega, ale jak mówił wiersze, to świat się taki lepszy robił. Tylko trochę lepszy, ale zawsze to już coś, no nie?

— Zawsze to już coś — powtórzył Poeta tak, jakby sam siebie chciał przekonać. — Problem w tym, że przed godziną miejsce znowu wysiorbaczyło i zobaczyłem czas zarazy. Dwójkę dzieciaków na progu... Cholera, ciężko nawet mówić.

— Nie potrzebujesz mówić. Ja przed chwilą widziałem tak samo. Tyle, że dwieście lat temu widziałem i słyszałem, jak wszystko się działo naprawdę. Kiedy ludzie zaczęły chorować, ojciec tych dzieciaków, piątka ich była, zabrał węzełek z jedzeniem, wszystko, co im zostało i sam siebie ratować chciał. Swoich na głód i na pastwę zarazy ostawił. Ale nie uszedł daleko. Pani z kosą dopadła go w miejscu, tak jak tutaj stoimy. On okropnie bał się śmierci i okropnie żałował tego, co zrobił. A kiedy umarł, to całe jego nieszczęście do złego miejsca przeszło. To był taki straszny strach z żalem pomieszany, że tak, jak sam rzekłeś, ciężko mówić. Chyba lepiej było patrzeć na tamto, co widziałeś.

— Może i lepiej. Nie wiem. Zawsze myślałem, że aby swoją myśl, z myślą złego miejsca połączyć, jakaś nienawiść być musi.

— Wtedy też była nienawiść. Bardzo wielka. On siebie samego znienawidził za to, co zrobił. Wy, ludzie, tak już macie. — W spojrzeniu Matwieja Kierdzioły vel Rumcajsa dało się zauważyć sporą dawkę dezaprobaty pomieszaną ze szczerym uczuciem przyjaźni.

— My, ludzie tak już mamy. — Poeta skwitował wzruszeniem ramion. — Ale świata nie zmienimy. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że świat nie na tym polega, aby go zmieniać, tylko na tym, aby przez niego przejść i się nie utytłać zbytnio.

— Wy, ludzie, tak już macie. — Czad nie dawał za wygraną. — Jak bardzo złe terminy nadciągną, łatwo znaleźć takiego, co z porządnego człowieka w najgorszego łotra się przemienia. Można też, tyle że trudniej, łotra spotkać, co do wielkich i zacnych czynów zdolny. I nie ugadniesz, kto może być dobry, a kto zły.

— Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. — Poeta bardzo chciał zamknąć ten wątek dyskusji.

Ściągnął w końcu plecak i usiadł przy rowie. W spojrzeniu Matwieja Kierdzioły nadal dostrzegał sporą dawkę dezaprobaty pomieszaną ze szczerym uczuciem przyjaźni. Przypomniał sobie, że przyszedł tutaj, aby zrobić coś, co trzy miesiące temu zrobić obiecał. Rozpiął boczną kieszeń. Wyjął flaszkę.

— O, widzę, że nie odwykłeś od siebie. — Czad, nieco podświadomie, po raz kolejny zademonstrował głęboką znajomość poezji. Jego uwaga koncentrowała się na tym, co Poeta trzymał w garści. W oczach można było dostrzec wyłącznie uczucie szczerej przyjaźni.


Lublin 2019
Ostatnio zmieniony ndz lip 21, 2019 10:00 pm przez szczepantrzeszcz, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
eka
Posty: 12109
Rejestracja: ndz mar 30, 2014 10:59 am

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska

#2 Post autor: eka » ndz lip 21, 2019 7:40 pm

Łagodnie uśmiechnięty smutek.
Równowaga po różnych doznaniach. Bardzo szybko wchodzi się w opowieść, w klimat, smakuje refleksje, po prostu wiesz, co chciałeś ująć i udało Ci się nadzwyczaj dobrze. Wszystkie bieszczadzkie opowieści są niezwykłe. Ta wpisuje się również w literaturę z górnej półki, bo zostawia czytelnika z pytaniami, ba, może czyni go nawet troszkę Poetą? Człowiekiem?
Warto było tu przyjść.

szczepantrzeszcz
Posty: 367
Rejestracja: pn lis 28, 2016 10:03 pm

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska

#3 Post autor: szczepantrzeszcz » ndz lip 21, 2019 7:51 pm

eka pisze:
ndz lip 21, 2019 7:40 pm
Łagodnie uśmiechnięty smutek.
To znaczy, że żart się udał ;).

eka pisze:
ndz lip 21, 2019 7:40 pm
Równowaga po różnych doznaniach.
Dziękuję za komplement... za duży komplement.

eka pisze:
ndz lip 21, 2019 7:40 pm
po prostu wiesz, co chciałeś ująć...
Wiem, jednak do sukcesu droga daleka. Im mniej zostało, aby całość ukończyć, tym więcej wątpliwości i problemów, które rozwiązać trzeba.

eka pisze:
ndz lip 21, 2019 7:40 pm
Warto było tu przyjść.
Cieszę się, że przyszłaś.

Awatar użytkownika
eka
Posty: 12109
Rejestracja: ndz mar 30, 2014 10:59 am

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska

#4 Post autor: eka » ndz lip 21, 2019 8:05 pm

szczepantrzeszcz pisze:
ndz lip 21, 2019 7:51 pm
Im mniej zostało, aby całość ukończyć, tym więcej wątpliwości i problemów, które rozwiązać trzeba.
Bardzo chciałabym mieć Twoją (ale już ukończoną:) powieść w domu, pod ręką.
Daj w przyszłości znać, choćby na PW, jak ją zdobyć.
Najlepiej z autografem.

:kofe:

szczepantrzeszcz
Posty: 367
Rejestracja: pn lis 28, 2016 10:03 pm

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska

#5 Post autor: szczepantrzeszcz » ndz lip 21, 2019 8:22 pm

...eee, jakby to powiedzieć... ja jeszcze nie osiągnąłem etapu: oddać do wydawnictwa, czy nie?

Nic to, wracam do pisania.

PS.
Ciekaw jestem, co sądzisz o ostatnim tekście Mirka.

Awatar użytkownika
eka
Posty: 12109
Rejestracja: ndz mar 30, 2014 10:59 am

Rumcajs, najlepsze miejsce do życia i Pani Szymborska - Opowiadania beskidzkie

#6 Post autor: eka » pn lip 22, 2019 10:06 am

szczepantrzeszcz pisze:
ndz lip 21, 2019 8:22 pm
oddać do wydawnictwa, czy nie?
A co szkodzi spróbować/ Najlepiej do kilku od razu. Dla mnie to wartościowa pozycja, m.in. dlatego, że nie epatuje mrocznymi miejscami przeszłości, ale mocno punktowo je naświetlając w obrazie teraźniejszości, tym bardziej pozwala pamięci je zatrzymać. Kawał dobrej techniki w służbie interpretacji człowieczeństwa (że tak górnolotnie określę).
szczepantrzeszcz pisze:
ndz lip 21, 2019 8:22 pm
co sądzisz o ostatnim tekście Mirka.
Niewątpliwie dobrze napisane. Wiesz, Autor wyjątkowo drażliwy, zatem nie wejdę w szczegóły. Generalnie uważam, że dla dobra naszego wspólnego tematykę wołyńskiego ludobójstwa należałoby literacko ograniczyć do pokazywania wzajemnej pomocy, czyli Polacy ukrywający Ukraińców i odwrotnie.
Podsycanie nienawiści w obliczu wspólnego zagrożenia, jakim jest polityka nowo/starej imperialnej Rosji, naszym narodom na pewno nie służy.

ODPOWIEDZ

Wróć do „OPOWIADANIA”